|
|
Jarosław Kolasiński
Nie herosi w walonkach, a "walonka" w herosach

Typowa jeleniogórzanka w
pełnym biegu - (fot. Anna Kolasińska)
Wasz reporter - z założenia - zimą w górach nie bywa, ponieważ
ośnieżone stoki bez nart pod stopami żadna to dla niego atrakcja,
wręcz budzą w nim wstręt. Dlaczego? W wyniku feralnej awarii kolana
już nie może, ale kiedyś (od drugiej klasy podstawówki, aż po połowę
lat osiemdziesiątych) każde ferie zimowe oznaczały dlań dwa tygodnie
szusowania na deskach, chrapanie w schronisku, tyleż dni darcia
rękawic na wyrwirączkach. W każdą zimową niedzielę telepał się
kombinackim autobusem do Szklarskiej, cierpiał katusze w wyciągowym
ogonku, by wreszcie wjechać na górę zdezelowanym krzesłem (słynnym
słup nr 21 po drodze) i napić się herbaty z rumem na szczycie
Szrenicy. Potem trawersem pod Łabski i jazda do połamania desek (raz
nawet dosłownie). Od dwudziestu kilu lat reporter kontaktu z nartami
nie posiada, co go niezwykle frustruje - zimą więc góry omija
szeroookim łukiem. Albo szerszym.
20 marca Anno Domini 2010 nieoczekiwanie dla siebie samego
przełamuje się i (w roli szofera oraz tragarza sprzętu) jedzie do
Jakuszyc. Ściślej biorąc - przełamuje go kilkoro wrocławskich
fotografów, których na eskapadę w Izery namówił ich bliźniak w manii
pstrykania, w cywilu członek Towarzystwa Izerskiego.
W czarną godzinę namawiają reportera na ten wypad - jakiegoś wirusa
łapie: od powrotu po kryjomu analizuje w Internecie ceny biegówek.
Teraz epoka zupełnie inna, ale kto pamięta (czynnie, narciarsko)
lata siedemdziesiąte, ten rozumie, że łatwiej było wówczas w
polskich górach o plażę nudystów, niż o osobnika na biegówkach. Lata
Biegów Piastów, Gwarków i inne tego typu imprezy, nie mówiąc już o
fascynacji wyczynami Justyny Kowalczyk zrobiły jednak swoje. Tylu
biegających, śmigających czy po prostu dostojnie zmieniających
miejsce tymczasowego pobytu za pomocą dwóch cienkich niedrewnianych
desek nigdy wcześniej reporter nie widział. 20 marca ma ich na
wyciagnięcie ręki. Ściślej biorąc tuż obok, bo jadąc na oklep
saniami służącymi do transportu m.in. piwa, tak kurczowo ucapia się
metalowej poręczy, że za żadne skarby ręki nie wyciąga do nikogo
podczas jazdy iście szaleńczej.

Pośpieszny kolejarz w
rozmowie z P. Skowronem, zwycięzcą XIII Biegu Izerskiego -
(fot. A. Kolasińska)
Po dotarciu do „Orla” reporter czuje się nieco nieswojo. Dobrze
choć, że za fotowielbłąda robi, objuczony markowym sprzętem, przez
co biorą go za fotografa, bo jakoś dziwacznie się prezentuje pośród
tłumu narciarzy. Mieszczuch w długiej zimowej kurtałce, nart
pozbawiony, do tego dwadzieścia kilo starszy. Lata temu, na sam
widok takich indywiduów reporter mełł w ustach przekleństwa,
postrzegając w nich pasożyty z gatunku stonki wyciągowej, co to na
górę krzesłem, herbatka i tymże krzesłem w dół. Teraz - tfu! - sam
jest stonką, choć nikt go w Izery z samolotu nie zrzucił. Sam
przyjeżdża. Z własnej przymuszonej woli.
Na początku jest jajecznica, rozcieńczana przez część ekipy
miejscowym piwem, czego swym towarzyszom podróży reporter po dni
swych kres nie daruje, bo sam musi poprzestać na kawie. W końcu, by
na kufle nie patrzeć, rejteruje do sieni, gdzie snuje się znany mu,
cholera jasna, z dzieciństwa dym z zabytkowego piecyka. W nos
łechce, a i serce, i w duszę narciarską abstynencją obolałą. Nie
dziwota, że tęsknić poczyna za jakimś małym, nawet półpłaskim
stoczkiem, oślą łączką chociażby, ale cóż…
W sieni coraz tłoczniej, więc by nie wadzić wpisującym się na listy
startowe reporter wykonuje odwrót na z góry upatrzone pozycje -
przed schronisko. I dopiero go diabli biorą całkiem: z rusztów wabią
kiełbaski, karkóweczki, pieczareczki, cebulka, kartofelki,
goloneczki… Reporter rejteruje na polankę zastanawiając się, którego
z parademarschen jego kischken grają tak głośno, że aż
czeska kapela „Sešlost” z Liberca nie może zestroić
instrumentów. Ciekawe, że niżej podpisany od dzieciństwa fascynacji
Korneliusza Pacudy nie rozumiał, ale pod „Orlem” „wszystkie gatunki
muzyki: country and western” wydają mu się całkiem na miejscu, choć
i tak tęskni za starym, dobrym dixielandem. Z drugiej strony patrząc
- śpiewane w języku Komensky’ego piosenki o krowach na bezkresnej
prerii stanowią istotną wartość dodaną programu artystycznego. Kto
pamięta Winnetou witającego Old Shaterhanda po niemiecku, doskonale
wie, w czym rzecz. Tuż za metą usadawia się druga czeska orkiestra „Jablonečanka”
z Jablonca nad Nisou. Grajkowie pełni ochoty do gry, rozgrzani, na
głowach cudnie odblaskowe czapeczki. Czy jest na sali Hrabal?
„Święto przebiśniegu” w wersji zimowej.

Hrabalowska kapela z
Jablonca - (fot. A. Kolasińska)
Na starcie gromadzą się zawodnicy gotowi do VII Biegu Retro.
Wyśmienity nań pomysł narodził się przy piwie. Raczący się nim
polscy górale izerscy byli pod świeżym wrażeniem wspaniałej
prezencji sąsiada zza miedzy: Petra Rykra odzianego w strój z czasów
dość zamierzchłych, poruszającego się na drewnianych deskach, przy
pomocy bambusowych kijów. Wspomniane wizualne doznania, wspomożone
improwizowanym wykładem miejscowego historyka dr Przemysława Wiatera
na temat dziejów narciarstwa w Izerach, zapłodniły zgromadzonych
koncepcyjnie i stąd już siódmy raz tłum „Rykrów” biega po trasach
wokół „Orla”.

Petr Rykr we własnej osobie
- (fot. A. Kolasińska)
Zgodnie z regulaminem zawodów: na dystansie 3,5 km startuje się
tylko na nartach drewnianych, w butach, których w sklepach brak od
lat kilkudziesięciu. Wiązania oraz stroje również obowiązkowo „z
epoki”, a kije z bambusa. Jedyny dopuszczalny styl pokonywania trasy
- klasyczny (daleki krewny norweskiego z Rødøy sprzed 4,5 tys. lat).
Reporter łamie sobie głowę, skąd oni biorą te deski, te kije a
przede wszystkim wiązania?! Oni - w 2010 roku aż 69 biegaczy i
przemieszczaczy.
Nikogo z WADA w pobliżu nie widać, jest natomiast prezes Towarzystwa
Izerskiego St. Kornafel i przystępuje do tankowania zawodników. Nie
benzyną czy dieslowskim paliwem. Z pękatego szklanego dystrybutora
nalewa każdemu po naparstku „walonki izerskiej”, jak wieść głosi:
domowej proweniencji cytrynówki na miodzie i spirytusie, z
chronionymi tajemnicą dodatkami. Biegowi herosi piją ze skutkiem
przeróżnym: jednych trzeba powstrzymywać, tak się po (w
konsekwencji?) degustacji rwą do walki, inni wyraźnie mają ochotę na
porcję kolejną - za nic im zaszczyty, medale, skoro środek
dopingujący tak przedniego smaku. Pojawia się na tym tle wyraźna
różnica stanowisk pomiędzy sportowcami a organizatorami. Sędzią
zawodów upiera się, że biec jednak trzeba i nic się na to nie
poradzi.
Nie czekając rozstrzygnięcia sporu, reporter umyka na trasę zawodów,
lokuje się pod ociekającym kapuśniaczkiem chojakiem i czeka. Wokół
tabun fotografów zaczajonych na biegaczy: jedni celują obiektywami w
nieodległy, stojący jeszcze w miejscu peleton, inni - wierząc, że
kilka setek metrów od startu lepiej się biegacze będą kadrowali, a i
twarze ich wykrzywi charakterystyczny grymas tlenowego długu -
okopują się za jednym z zakrętów i wypatrując biegaczy czekają
niecierpliwie.
Już! Ruszają! Biegną, suną, dostojnie się przemieszczają, nadal
stoją, ruszą za chwilę, a może jeszcze później, ewentualnie wcale!
Jak kto woli, jak komu wygodniej. Padł sygnał do startu, co dalej,
to się jeszcze zobaczy. Nic tu nie jest pewne, żadnej
przewidywalności, jak choćby w Vancouver. Jak zresztą podkreślono w
regulaminie - wcale nie jest takie pewne, że zwycięzcą będzie ten,
który na metę przybiegnie najszybciej. Na najwolniejszego czeka
cud-buteleczka o procentowej zawartości z okolicznościową naklejką.
Czy wobec tego jest mus płuca wypluwać i gnać co sił do mety? Na
Podhalu mawia się w takich razach: a idźze, idźze…
Reporter po kolana się zapada już w śniegu, kiedy mija go czołówka -
lider odziany a la „ordynat zimą u wód” sapie po polsku, następnych
trzech z wyraźnym czeskim akcentem, potem coś na kształt grupy
pościgowej. Publiczność zgromadzona wzdłuż trasy usiłuje ukryć
słuszne swe zakłopotanie, że oto tamci się pocą w zbożnym celu, a na
poboczu zaledwie usiłuje się nie zmarznąć i ogrzewa się żarem
papierosów, zawartością termosów. W kierunku biegnących padają cenne
sugestie („Ci z astmą na lewo, ci po EPO na prawo”), pytania
(„A gdzie Bjoergen?”), udziela się też zawodnikom informacji:
(„Tak wolno biegniecie, że Kowalczyk już za metą obiad kończy!”,
„Spokojnie, Majdič zeszła z trasy”). Nie brakło bardziej
tradycyjnego dopingu: „Gazu!”, „Dawaj, dawaj!” i „Messi
gola!”.

Z Atlasu w Izery -
(fot. A. Kolasińska)
Niełatwo się zdecydować, co przede wszystkim podziwiać: kondycję,
perfekcję techniczną biegu, czy inwencję, z jaką uczestnicy biegu
skomponowali swe stroje. O ile ci na czele stawki przypominają
herosów doby bardzo wczesnego Marusarza - kolejni, zdecydowanie
bardziej cofnęli się w czasie. No i biegną nieco wolniej, nie chcąc
zapewne zniszczyć kunsztownych kreacji. Pewnym wyjątkiem jest
kolejarz jakoś dziwnie niepodobny do tych znanych z PKP: jego
rogatywka nie świeci pociągowymi smarami, a starannie wyprasowany
mundur leży na nim jak na Claudii Schiffer. Co jeszcze dziwniejsze,
kolejowy zawodnik biegnie punktualnie i nic nie wskazuje, aby jego
opóźnienie mogło się zmniejszyć lub zwiększyć. Nie jest to jednak
ekspres, bo od początku wyprzedzają go Czesi - pierwszy, wypisz
wymaluj, lew salonowy (stokowy raczej) prosto z St. Moritz, drugi w
kraciastej, żółto-czarnej koszuli. Kolejnemu reporter nie wróży
dobrego wyniku - w retro poszedł chyba za daleko, rezygnując z
bambusów z talerzykami, postawił na dwa krzywe kije, które jeszcze
niedawno były zwykłymi gałęziami chojaka. Za nimi - czyżby dziedzic
Pruski z „Misia”? Nie, złudzenie tylko, zawodnikiem okazuje się
niemiecki strażak z pickelhaubowej epoki. Tuż za nim żołnierz
francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Wojak ma kepi, srebrne wąsiska i
ciemne okulary. Choć to Izery a nie przedgórze Atlasu - jest w
szortach, przez co część kibicek omdlewa na widok jego nagich
(czarnych!) kolan. Armię polską reprezentuje młody kapral z Mauserem
(?) na plecach. Czujnie biegnie na końcu stawki, gotów ostrzeliwać
się ewentualnemu pościgowi.

Nikt mi nic nie zrobi! -
(fot. A. Kolasińska)
Wszystkich wielce pomysłowych kostiumów nie sposób tu opisać, trudno
jednak pominąć górala spod Machu Picchu, w gustownym poncho. Nie
jest on zresztą jedynym przedstawicielem Indian na trasie VII Biegu
retro. Stawkę zamykają bowiem (przede wszystkim pozując do zdjęć)
dwie Indianki (północne) na dwóch nartach. Zdawać by się mogło, że w
cuglach powinny zwyciężyć (co dwie nogi na każdej desce, to nie
jedna), niestety, pamiętając o łukach i kołczanach, zapominają o
kijach. Nazbyt rygorystyczna troska o kompatybilność wyposażenia: co
z tego, że na prerii bambusy nie rosną? Ze sklasyfikowaniem jednego
z czeskich zawodników reporter ma problem: ewidentnie przypomina mu
Wodnika Szuwarka, ale nie… To chyba niemożliwe.

W poszukiwaniu zimowych
skalpów - (fot. A. Kolasińska)
Zawodnicy dyszą, śniegiem skrzypią, gubią talerzyki, łamią bambusowe
kije. Fotografowie, jak na artystów przystało, brawurowo zmagają się
z tworzywem: tu się balans bieli pieprzy, tam kadr zbyt ciasny,
gdzie indziej banalnie przemakają portki, gdyż dla lepszego ujęcia
plackiem w śniegu się leży. Niektórym natomiast wilgotnieją policzki
od łez, bo tak się pięknie zasadzili, takie cud-foty w myślach
skomponowali, a retrobiegacze gnają (sic!) inną jakby trasą, niż
awizowana. Tak przynajmniej głosi jedna z upowszechnianych w tłumie
kibiców wersji. Diabli wiedzą, czy prawdziwa.
Triumfuje Mieczysław Skowron z Jeleniej Góry. Technika biegu
znamionująca mistrza, podobnej klasy stylowe bryle. Psia krew -
sprawia wrażenie niespoconego. Jakim cudem? Minutę i 25 sekund po
nim kończy bieg wicemistrz, wspominany wcześniej Petr Rykr. Na
ostatnie wolne na pudle miejsce „wskakuje” (zaledwie pięć sekund
później) kolejny česky atleta Petr May. Na czwartej pozycji
zwody kończy niedoceniony przez reportera nieznanego imienia pan
Stoupicek szczęśliwy posiadacz dwóch gałęzi, którymi jakże
skutecznie się odpycha. Tuż za tą czwórką jeszcze dwóch zawodników z
Česke republiky: pierwszy na mecie z klanu Vrkoslavów - Milan, a
za nim Jan Kuna.

Triumfator VII Biegu Retro -
Mieczysław Skowron - (fot. A. Kolasińska)
Wymieniona szóstka osiąga sporą przewagę na kolejnymi zawodnikami
płci obojga. Odnosi się wszakże wrażenie, że dla zostawianych w tyle
nie stanowi to problemu. De Coubertain podskakuje na chmurce z
radości widząc, jak pod „Orlem” najważniejszy jest udział. Niektórym
wszakże chodzi i o wynik - dzielnie finiszuje płeć piękna -
wszystkie medale padają łupem rodaczek Katariny Neumanovej: Hany
Vrkoslavovej (no, proszę!), Renaty Dudovej oraz Jany Švedovej.
Pierwsza z Polek jest szósta (zastępująca przypadkowo tylko
nieobecną Justynę K.) Nina Mikołajczyk z arcygórzystej Łodzi).
Najlepsza spoza czesko-polskiej koalicji - Annemarie Wenzel z
Niemiec - przebojem zdobywa miejsce ósme.
Drżąca z podziwu dłoń reportera notuje z jak niebywałą gracją
biegacze wykonują tzw. ewolucje końcowe. Znać od razu, że finiszowe
pojedynki naszej mistrzyni ze Steirą oraz Bjoergen wszystkim w
pamięć zapadły. Nawet ci, którym nikt na pięty (czyt. tyły nart) nie
następuje demonstrują ekwilibrystyczne cud-wypady w przyklęku, przez
co nawet walcząc sami ze sobą pięknie wyglądać by mogli na zdjęciach
z fotokomórki. Gdyby tylko była. Niektórzy, nad wyraz spragnieni
finiszowej batalii, na kilka metrów przed metą zatrzymują się,
czekają na rywali i dopiero wówczas walczą z całych sił.

Za chwilę ewolucje finiszowe
- (fot. A. Kolasińska)
Wszystkich, którym udaje się bieg zakończyć w jednym kawałku, wita
hostessa pojąca ich jakimś przezroczystym płynem, co gremialnie
uznają za inicjatywę ogromnie cenną i słuszną. Nikt się nie obraża
na słowa: „O, pan chyba przemarzł, niech się pan napije na
rozgrzewkę”. W stosunku do medalistów i kilku następnych kończących
bieg jest to niewątpliwie dowcip, ale ci z końca peletonu istotnie
mogą być nieźle przemarznięci po niewątpliwie przyjemnym spacerze w
przepięknych okolicznościach izerskiej przyrody,
Jeszcze się dobrze VII Bieg retro nie kończy, a już na starcie
pojawiają się zawodnicy XIII Biegu Izerskiego. Przypinają nartki
nowoczesne (do klasyka), wspierają się na kosmicznych kijach,
czekają na sygnał do startu oraz „walonkę”, bo nie gorsi od
retrowców. I wśród nich nie brakuje fantazyjnie odzianych (jak
choćby w kombinezony chroniące przed świńską grypą), zdarzają się
też ekipy uzbrojone w gitary. Ruszają! Jedni może nie tyle z kopyta,
co z kijków, drudzy z niejakim ociąganiem, dopiero po odśpiewaniu
rytualnej pieśni. Bieg Izerski to nie przelewki - 12 km trasy, na
której za rok pobiegnie Kowalczyk, więc oczekiwanie na zwycięzców
trwać musi długo. Kibice oraz większość retrowców rzucają się zatem
na ruszty. Rzecz jasna - nie dosłownie.
Mlaskanie się rozlega (reportera również - szaszłykowej
proweniencji), w spragnione gardła leje się piwo (z miejscowych
browarów, żadnej tam globalizacji!), czeskie orkiestry po raz
kolejny dają z siebie wszystko, a „Jablonečanka” nawet
spoooro więcej. Skąd zawodnicy, którzy ledwo co odpięli deski, wbili
w śnieg bambusy znajdują siły na często bardziej od biegu intensywne
pląsy - reporter nie jest w stanie ani sobie, ani czytelnikom
odpowiedzieć. W każdym razie z minuty na minutę temperatura w
okolicach sceny rośnie, by osiągnąć stan wrzenia, kiedy „Sešlost”
gra „Jožina z bazin”, który od nastu miesięcy Polaków bawi,
ku niemałemu zdumieniu narodu, który pieśń tę stworzył. Reporter,
który aż do Poznania pognał na koncert Ivana Mladka, śpiewa ze
wszystkimi. Oczywiście pod nosem tylko, nie chcąc wzniecać pod „Orlem”
zamieszek.

„Jožin
z bazin” wiecznie żywy - (fot. A. Kolasińska)
W izerskiej imprezie (ze wszech miar godnej rozreklamowania) nie o
wyniki (nie tylko o nie) w obu biegach idzie, ale nie można ich nie
odnotować. Jak przystało na rodaków Kowalczyk i Łuszczka, w obu
biegach triumfują tubylcy (w retro - Mieczysław Skowron, w Izerskim
- Piotr Skowron, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Następni?
Reporter stwierdził niedawno w Pradze, że poza kelnerami,
policjantami i taksówkarzami żadnych Czechów tam nie ma, tylko
tabuny włoskich nastolatków trawionych (hm…) chęcią zwiedzania.
Gdzie więc Czesi? Odpowiedź jest prosta: w Izerach kolekcjonują
medale. W czterech konkurencjach zdobywają 10 na 12 możliwych, a na
dokładkę nagrodę dla najmłodszego uczestnika biegu (kolejny Vrkoslav
- Tomaš, w generalnej retroklasyfikacji dziesiąty).
Wręczenia nagrody najwytrwalszemu zawodnikowi powracający czym
prędzej do Wrocławia reporter nie ogląda. Może się uda za rok? Inna
sprawa, że na wyprawę w te strony aż 12 miesięcy czekać wcale nie
musi. Już 24 lipca organizowany jest wyścig retro, a skoro w lecie
brak śniegu, to na rowerach, z metą po czeskiej stronie. Szczegóły
na efektownej stronie
"Orla"
gdzie znaleźć też można fotogalerie oraz stosowne regulaminy,
terminarze. W jednej z relacji chwalą się tam, że „jeszcze nikt im
niczego nie wytknął”. - Dobra nasza - złośliwiec zaciera ręce i
niniejszym wytyka.
Organizacji zawodów - tylko przyklasnąć! Od jedzenia i picia
(zarówno w samym schronisku jak i pod chmurką), konferansjerki,
oprawców muzycznych po kapitalną atmosferę imprezy i kryształowa
czystość w kibelku. Gdyby się bardzo uprzeć, można postulować nieco
lepsze oznakowanie tras, ale czy to konieczne? Nikt protestów do
MKOL nie wyśle, nadto dodatkową atrakcją jest to, że zawodnik który
biegnie nie „tędy”, ale w pobliżu mety pojawia się w miejscu, w
którym powinien.

Wcale nie było tak zimno -
(fot. A. Kolasińska)
Zarzut drugi jest natury sentymentalnej… No, niech będzie, że
wystartowało dwóch zawodników z Anglii, niech będzie. Ale gdzie się
podziali enerdowcy?! Kiedyś przecież stanowili esencję narcenia w
Polsce! Na siermiężnych (w porównaniu z naszymi „epoxami”) deskach,
z archaicznymi wiązaniami (a my już na „tyroliach”!) odpychali się
bambusami, których nikt z nas od lat w rękach nie miał. Ubrani w
półelastyczne narciary, ortalionowe skafandry - na dodatek dosłownie
żaden nie potrafił jeździć, co mocno potomków Piasta K.
podbudowywało, wywołując gromkie salwy śmiechu. Budzili enerdowcy
wszakże niejaki podziw: z uporem godnym narciarskiej sprawy
usiłowali zjeżdżać. Wciąż, wciąż, i wciąż. Bez instruktora, bez
strachu, bez skutku. Ale odważnie. Jak ów pruski wojak z komedii „Ci
wspaniali mężczyźni na swych latających maszynach”, który postanowił
zastąpić chorego kolegę-pilota. W myśl maksymy „niemiecki oficer
wszystko potrafi” wystartował w rajdzie Londyn-Paryż z instrukcją
obsługi samolotu w dłoni. I się udało! Prawie: herr pilot wylądował
w kanale la Manche. Zupełnie jak enerdowski narciarz między muldami
na Szrenickiej. Ech, łza się w reporterskim oku kręci… Tylko, co to
za zarzut wobec organizatorów? Żaden. Wobec startujących, z takim
pietyzmem kompletujących historyczne odzienia? Też nie. Sam,
reporterze, wystartuj w 2011 na hikorach, z bambusami w dłoni, w
„stroju organizacyjnym” owego „pierwszego w dziejach Niemiec państwa
robotników i chłopów”.
Co być może nastąpi.

Ostatni szus i szlus! -
(fot. A Kolasińska)

|
|