Patriotyczne plateau kustosza Sebastiana



Jadąc do pracy, jak zwykle powtarzał angielskie słówka i tak się w tym zapamiętał, że stojącego w bramie muzealnego ciecia, powitał uprzejmym „Good Morning”. Wyprężony jak struna zwalisty mięśniak o wyprasowanym na kant wyrazie twarzy wydarł się w odpowiedzi:
- Czołem!!!
Sebastian po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że szacunek dla armii szacunkiem, ale emerytowanych wojskowych należy trzymać z dala od placówek kulturalnych. Od tych w zbożnym znoju budujących patriotyczne „ja” narodu - w szczególności.
- Zwolnię trepa! Jak mi Bóg miły, zwolnię! - zamruczał kustosz.

*

Poza pracą nie był ani tak stanowczy ani tym bardziej opryskliwy. W jego prywatnym wzroku nie odnalazłoby się też ni grama ołowiu. W służbowym - tak! Zdecydowanie i zawsze. Nie znosił partactwa, lekceważenia obowiązków i braku zaangażowania. Od podwładnych wymagał, by jak on sam w pełni poświęcali się pracy, będącej przecież misją. Prywatność kategorycznie nakazywał pozostawiać za bramą muzeum. Czy sam kustosz ją posiadał? Nie było wiadomo. Może i tak, ale się z tym nie afiszował. Nie to stanowiło sens jego życia - wbrew oczywistym faktom uważając, że historia vitae magistra est - czczeniu, pielęgnowaniu, wręcz pieszczeniu narodowej tradycji poświęcał serce, myśli i czyny. By chwała ojczyzny rosła w siłę, a potomkom ułanów żyło się wznioślej. By nawet w najbanalniejszych, w najbardziej prozaicznych życiowych sytuacjach szumiały im na plecach husarskie skrzydła miłości do Rzplitej. By karaceny kryształowo czystej narodowej chwały szczelnie chroniły serca rodaków przed wątpliwościami obcej proweniencji.
Pośród swoich ukochanych eksponatów kustosz Sebastian oddychał piersią pełną ojczyźnianych uczuć. Historia Polski była dlań tlenem, a sprawowane funkcje - respiratorem go dostarczającym.

*

Przestąpiwszy progi muzealnego kompleksu, w myślach wciąż złorzecząc cieciowi, Sebastian zatrzymał się. Gospodarskim spojrzeniem obrzucił 20 hektarów swych włości. Sina kurtyna mżawki nie pozwalała na zbyt wiele - ledwo zdołał dostrzec zarysy najbliższych muzealnych pawilonów oraz plenerowych instalacji. Przy tej pogodzie i z tej odległości nie sposób było odróżnić, które były już dostępne zwiedzającym, a które dopiero wznoszono w pocie czoła. Do obiektów już gotowych prowadziły meandry brukowanych dróżek, a tam gdzie budowa była jeszcze w powijakach jedyna droga wiodła rozjeżdżonym kołami ciężarówek wspomnieniem po łące, przez nocną ulewę zmienionym w grzęzawisko, któremu poranna mżawka nie pozwalała wyschnąć.

Sebastian mógłby dotrzeć do biura suchą nogą, ale nie tego ranka. Skoro świt, wraz ze świdrującym mózg dźwiękiem budzika zawładnął kustoszem kategoryczny imperatyw sprawdzenia, co też dzieje się w od miesięcy preparowanym „wąwozie”. Nie mógł przez to pójść do biura tak po prostu, przekleństwa więc więzły mu w gardle, a nogi w błocku. Każdy krok, każde wyciągnięcie stopy z błota odzywało się obrzydliwym cmoknięciem. Każdy inny na miejscu kustosza kląłby, na czym świat stoi. Kląłby, bardziej nawet z kindersztubą za pan brat będąc, niż z porannym myciem zębów. Bo i jak tu nie kląć, skoro każdy krok grozi upadkiem w błoto, a nogi po kostki grzęzną w brunatnej mazi? Sebastian trzymał jednak język na wodzy. Z przemożną chęcią rzucenia paru „kurew” walczył bohatersko i skutecznie. Pomagało mu w tym poczucie patriotycznego obowiązku.

*

Urodził się A.D. 1953 w Rudce-Tartak powiat Suwałki, gdzie jego matka nudziła się jak mops, podczas gdy ojciec oddawał się karierze politruka w pobliskiej strażnicy WOP. Zrazu mały Sebastianek był zupełnie normalnym chłopcem: zimą wylewał na chodnik wodę, by obserwować ewolucje upadających staruszek, na wiosnę otumanionym muchom z namaszczeniem wyrywał nogi. Latem z upodobaniem dręczył okoliczne koty i nadmuchiwał żaby, a z nadejściem jesieni z procy prześladował gołębie, zaś koleżanki z podwórka terroryzował plując ryżem z syfonowej rurki. Pomidorowej nienawidził, a na samo wspomnienie szpinaku dostawał nudności. Uszu nie mył notorycznie, z identyczną też częstotliwością skrywał pod pierzyną czarne od brudu stopy. Metamorfozę przeszedł dopiero pamiętnego lipcowego wieczora 1959 roku.

Wrocławska babcia Sebastiana, do której rodzice wysłali go na wakacje, niczym nie różniła się od innych przesiedlonych do stolicy Dolnego Śląska kresowiaków, którzy w chwilach wolnych od pracy oddawali się głównie rytualnemu wspominaniu zagrabionych bolszewicką łapą majętności. Gdyby je (biorąc wspominki serio) zsumować, wschodnią granicę II RP musiałaby stanowić rzeka Jangcy. Jak na Polaków z kresowej krwi i takichże kości przystało, dyskutanci nie ograniczali się do rozważań majątkowych, jeszcze większy nacisk kładli na o niebo wznioślejsze aspekty polskiego narodowego trwania na Kresach. Deliberując, wiele uwagi poświęcali bujnie pośród poleskich bagien, litewskich borów i ukraińskich łanów zbóż kwitnącej miłości ojczyzny, podlewanej strofami wieszczów. Nie zapominali przy tym o notorycznych zakusach odwiecznych wrogów wszelkich maści na wszystko, co polskie. Gawędy te dzielił ledwie jeden łyk herbaty po rosyjsku od cierpkiego biadania nad upadkiem obyczajów i ducha w przez PRL zniewolonym narodzie. W ramach kuracji oddawano się patriotycznemu spirytyzmowi nurzając się w narodowej ektoplazmie, prowadząc dysputy z herosami doby Rzeczpospolitej Obojga Narodów, pozaborowej smuty i radosnego Dwudziestolecia, o bohaterach niedawno zakończonej wojny nie zapominając.

Antemuralne te misteria straszliwie nudziły Sebastiana, co owocowało napiętymi stosunkami z narodowo uświadomioną babcią. Do starcia dojść musiało. I w końcu doszło.

Pewnego brzemiennego w skutki wieczora, przyszłego kustosza do rozpuku rozśmieszył recytowany przez staruszkę „Pan Tadeusz”, a konkretnie fragment, w którym bohater „z dziecinną radością pociągnął za sznurek, by stary Dąbrowskiego usłyszeć Mazurek”. Niedokształconemu literacko-patriotycznie dziecku skojarzyć się to mogło tylko z jednym. Z ubikacją. To właśnie w niej zwykł, parodiując znany z radia dostojny ton, kilka razy dziennie ogłaszać: - Otwieram posiedzenie sejmu! Sekundę potem) pociągał za spłuczkowy sznurek (zastępujący marszałkowską laskę) i jedynym dźwiękiem, jaki słyszał, był szum wody spływającej z rezerwuaru do sedesu. Żadnego tam mazurka.

Apatriotyczny rechot dziecka doprowadził staruszkę do szewskiej pasji. Śpiewnie klnąc w lwowskiej gwarze, udzieliła Sebastianowi pierwszej w jego życiu, jakże brzemiennej w skutki, poważnej lekcji patriotyzmu. Udzieliła jej tym samym narzędziem, jakim zwykle zachęcała go do spożywania obmierzłej mu kompletnie owsianki: rączką starej walizki przytarganej z ziem utraconych na odzyskane. Kiedy wreszcie złapała oddech, tonem nieznoszącym sprzeciwu zauważyła, że „kjedy dzjecko za sznurek w kiblu ciongni z sejmu drwionc, to njic w tym złego. Njic, a njic. Bo ten sejm funta kłaków nje wart, a Wycech osjoł ji sprzedawczyk. Ale absolutni nje wolno smjac si z narodowego poematu, bo zbrodnia to przecjiw chwalie ojczyzny”.

Prócz kija walizkowej rączki babcia sięgnęła i po marchewkę: wieszając po drodze psy na „skomuszałych rodzjicach”, za ucho zaciągnęła chłopczyka do jedynego w jej mieszkanku pokoju, gdzie postronnym wstęp był od zawsze surowo wzbroniony. Skandaliczna dziecięca interpretacja „Pana Tadeusza” spowodowała, że stara lwowianka zdecydowała się rozewrzeć przed Sebastianem podwoje swego tajnego muzeum. I tam właśnie doszło do patriotycznej inicjacji przyszłego kustosza.

Chłopiec oniemiał na widok zdobiących ściany zbrązowiałych fotografii umundurowanych mężczyzn o magnezjowo wytrzeszczonych oczach. Uszy mu zbordowiały, gdy wertował pożółkłe listy i książki, których nie potrafił jeszcze przeczytać. Wiszący na okrytej wzorzystym kilimem ścianie zegar wprawił go wręcz w ekstazę: piękny, misternie rzeźbiony, od 1897 roku z namaszczeniem odmierzający czas chwały i czas pogardy. Skryty pod patyną wieku cyferblat złocił się cyframi i dostojnie przesuwającymi się wskazówkami. Była punktualnie dziewiętnasta, gdy drzwiczki zegara się rozwarły i wyskoczył z nich biały ptaszek w złocistej koronie. Zabrzmiała „Rota”. Rażony patriotycznym piorunem Sebastian zemdlał.

*

Gnany przekonaniem, iż „permanentna kontrola jest najwyższą formą zaufania”, doczłapał prawie na miejsce. Zatrzymał się. Z obrzydzeniem spojrzał na wysoką pryzmę gliniastej ziemi z wykopu, potem na swoje uwalane błotem obuwie. Westchnął ciężko i ostrożnie, za wszelką cenę starając się nie stracić równowagi, jął gramolić się w górę. Będąc już na szczycie, doznał uszczerbku na obuwiu. Ze strachu. Niewiele też zabrakło, by zwalił się na dno wykopu, gdyż dokładnie w chwili, gdy zamruczał: „pańskie oko konia tuczy” - zarżano mu prosto w ucho.

Zaskoczony wzdrygnął się i podskoczył, pozostawiając lewy but w brunatnej mazi. Machając rękoma, cudem utrzymał równowagę na samym skraju wykopu. Z wolna odwrócił się, by stanąć twarzą w pysk z kobyłą.
- Proszę się nie bać. Baśka jest potulna jak baranek! Ona tak tylko z sympatii rży do pana. Z sympatii, panie kustoszu… - wybąkał trzymający klacz za uzdę cherlak w empirowym uniformie.

Sebastian wbił w niego wzrok, zastanawiając się pośpiesznie, jak tu draniowi zalać sadła za skórę i wybić ze łba głupie kawały. Łba? Już wiedział!
- A co pan ma na głowie, szanowny panie?
- Ja?
- Pytając pańską Baśkę, zwróciłbym się do niej per „szanowna pani” - wycedził Sebastian zadowolony, że już w pełni kontroluje sytuację. To, że półboso grzęźnie w błocie, skutecznie ignorował.
- No, tak. Właściwie… - mężczyzna z zakłopotaniem podrapał się po zarośniętym policzku. - Przepraszam, ale chyba nie rozumiem.
- Spytałem, co ma pan na głowie. Widzę, że nic. A powinna tam znajdować się szwoleżerska czapa - wycedził kustosz.

Na długą chwilę zapadła cisza. Kustosz bez słowa, ale za to z rosnąca dezaprobatą lustrował „szwoleżera”, a ten nie wiedząc co zrobić z rękami, nerwowo czochrał grzywę swej służbowej klaczy. Ciszę mącił jedynie terkot niewidocznej koparki.
- Jak pan w ogóle wygląda? - Sebastian wznowił natarcie. - Buty ufajdane jak u oborowego, wyłogi jak psu z gardła, pludry… A szabla dynda się panu na prawym boku, zamiast na lewym!
- Ale... Ale ja jestem leworęczny! - obruszył się besztany. - Jestem lewo...
- A co z pańskimi epoletami? Dlaczego nie błyszczą?
- Wolne dziś mamy… Przyszliśmy tylko z Baśką popatrzeć na wykop, na nasze miejsce pracy.
- Tego to akurat bym nie przesądzał. Na razie, że tak to ujmę, jesteście państwo na okresie próbnym i niewykluczone, na tym nasza współpraca się zakończy. Odmaszerować! Oboje!

Wybrakowany szwoleżer spuścił wzrok i nim odwrócił się, by odejść ciągnąc klacz za sobą, kilka razy skłonił głowę w pożegnanym geście.
- Stać! A co to za skłony? Pan jesteś lekkokonny gwardii, czy parobek z czworaków? Na Somosierrę z czymś takim? Proszę nauczyć się salutowania!
- Do pustej głowy?
- Raczej do odkry… Nie! Faktycznie - do pustej.

*

Sebastian już w podstawówce miewał problemy z obowiązującą na każdym kroku linią Partii. Babcina indoktrynacja wydała swe mało socjalistyczne, a wielce patriotyczne owoce również na maturze z historii, którą przyszły kustosz zdał tylko i wyłącznie dlatego, że jego ogólniakiem trząsł peowiec, emerytowany kolega ojca z WOP-u. Ten sam towarzysz pomógł chłopcu dostać się na studia, które Sebastian podjął we Wrocławiu pod auspicjami swej babci z krwi i kości oraz Dziadka-Piłsudskiego chmurnie spoglądającego z portretu wiszącego tuż pod patriotycznym zegarem.

Już na pierwszych ćwiczeniach dał się poznać jako student bezkompromisowo dbający o prawdę historyczną nieskażoną marksistowskimi miazmatami. Jednakże tuż po pierwszej w życiu młodzieńca sesji egzaminacyjnej nastąpiło załamanie - kresowa babcia odeszła do lepszego ze światów, gdzie „sowjetom” wstęp był surowo wzbroniony, a aniołowie dziwnie przypominali legunów tak szarością szat, jak maciejówkami miast aureoli. Pozbawiony duchowej przewodniczki Sebastian wyrugował z pamięci i babciny Lwów, i kukułkowego orła. Dał się też porwać patosowi epoki wczesnego Gierka, co przejawiło się rozkwitem jego szczerej miłości do ruchu robotniczego oraz pędem do gromadzenia dóbr siermiężnie, ale jednak materialnych. Niezbędne do zaspokajania socjalistyczno-konsumpcyjnego apetytu środki zdobywał poprzez typowe dla epoki szalbierstwa w studenckiej spółdzielni „Robot”, a także aktywny udział w, handlowych w swej istocie, wycieczkach studenckich do bratnich krajów demokracji ludowej.

Ta swoista dekoncentracja spowodowała, iż po czterech latach studiów ukończył dopiero II rok archiwistyki. Na szczęście organizacja młodzieżowa wyciągnęła do Sebastiana pomocną dłoń. Jednym z jej palców okazał się Bodzio, również student historii. Otoczył przyszłego kustosza ideologiczną opieką, nakłonił też do pogłębionej refleksji nad otaczającą go rzeczywistością w całej jej złożoności oraz nawarstwieniu się sprzeczności tak antagonistycznych, jak i nieantagonistycznych. Bodzio wskazał też koledze cele. Niestety, gdy szczęśliwie nawrócony na naukową drogę Sebastian był w połowie pisania magisterki, Bodzio ubzdurał sobie, że przyjaciel zagiął parol na jego dziewczynę, Teresę. Wymiana ciosów po środku Szewskiej zakończyła młodzieńczą przyjaźń. Sebastian zdruzgotany tak bezpodstawnymi oskarżeniami, jak pięściami Bodzia studia ukończył w tzw. wersji prezydenckiej.

*

Szczęśliwie uwolniony od towarzystwa tępawego szwoleżera i jego kobyły, Sebastian ostrożnie wychylił się za krawędź wykopu. Na dnie przyszłej „Somosierry” niespodzianki nie było: koparka i dwa buldożery. Silniki powarkiwały na jałowym biegu, a robotnicy zbili się w gromadkę wokół łysego grubasa o kontrastującej z beżowym garniturem purpurowej gębie.
- No i co tam, panie Wiesławiak? - Sebastianowi udało się przekrzyczeć maszyny. - Strajk jakiś?

Tkwiący w błotnistym wykopie jak jeden mąż zadarli głowy. Purpurowy łysoń uśmiechnął się służalczo i zapiszczał:
- Pan kustosz raczy żartować. Kolejny dzień wytężonej pracy. Ot i wszystko!

Sebastian skrzywił się, ale przez latami nabytą ostrożność - w duchu. Nie cierpiał swojego „wice”, zupełnie słusznie mając go za cwaną szuję i intryganta.
- Aha - rzucił na wszelki wypadek neutralnie. - Mam nadzieję, że terminy zostaną dotrzymane.
- Ależ oczywiście, panie kustoszu! - zapiszczał łysy poprzez zwinięte w trąbkę dłonie. - Moja w tym głowa!
Akurat tam głowa. Nadgniły kaczan, prędzej - i na przekąs Sebastian pozwolił sobie tylko w myślach.

Skinął łysemu dłonią na pożegnanie. Odwracając się, zdążył jednak zauważyć, że tamten przesadnie nisko się kłaniając coś przy tym powiedział. Robotnicy ryknęli gromkim śmiechem. Sebastian głowę by dał, że z ruchu warg Wiesławiaka dałoby się odczytać: „A odwalże się stara pierdoło na kaczych nogach!”. W innych okolicznościach kustosz by kontratakował, lecz brak bezpośrednich dowodów oraz przychylnych sobie świadków, a przede wszystkim strach przed koneksjami intryganta skutecznie go sparaliżowały.

Odpuścił. Wzdrygnął się z obrzydzeniem, wsuwając stopę do wydobytego z błota półbuta. Z jeszcze większą odrazą postąpił krok, potem drugi i kolejne. Już po dziesiątym zapominał o błocie - jak zwykle poszybował ku obłokom patriotycznej refleksji. Z furkotem husarskich skrzydeł myśli kustosza oderwały się od pełnego błota buciora i purpurowo-łysej szui, by zacząć krążyć po narodowo-historycznej orbicie.

Człapiąc w kierunku biurowego baraku koncypował, reasumował, planował. Rozmiary somosierrskiej dziury w ziemi, choć nie dał tego po sobie poznać, wielce go usatysfakcjonowały. A przecież jeszcze tydzień temu nic się tam nie działo, ot, kilku robotników opartych o łopaty. Budowa wlokła się jak Jagiełło na Kulikowe Pole. Na szczęście, kiedy tylko było to konieczne, Sebastian potrafił twardo stąpać na ziemi, choćby nawet spowijała ją najgęstsza z najgęstszych mgieł patriotycznej nostalgii. Jedna krótka audiencja u wiceministra kultury zdziałała cuda: z pobliskiej A-4 przerzucono odpowiednią ilość ciężkiego sprzętu.
Wbrew złym językom ludzi małego ducha, przesunięcie maszyn z frontu komunikacyjnego na patriotyczny nie zahamowało w niczym rozwoju sieci autostrad w nieprzejezdnej ojczyźnie kustosza, jako że wykonawca i tak zajęty był ponownym skuwaniem kolejnych 20 kilometrów asfaltu wylanego na nieodpowiadającą unijnym wymogom folię. Bez najmniejszych zatem wyrzutów sumienia koparki i buldożery ruszyły do walki o lepsze historyczne wczoraj kraju. Ku chwale ojczyzny oraz Sebastiana, jej namiętnego kochanka.

*

Po studiach Sebastian ugrzązł w archiwum gminnego komitetu PZPR w W. (powiat S.) Konsumując kurz z protokołów zebrań analizujących zbiory ziemniaka - przez okrągły rok wiądł i kaszlał, kaszlał i wiądł. Gdyby nie czyszczenie aparatu PZPR z gomułkowskich złogów - zwiądłby doszczętnie. Na szczęście w ramach gierkowskiej odnowy sekretarski stołek w W. obsadzono przywiezionym w teczce ciepłym jeszcze absolwentem wrocławskiej kuźni kadr partyjnych. Młodzian aż tryskał energią charakterystyczną dla gierkowskiego miotu działaczy: na powiatową walkę klas spoglądał spod sombrera politologicznej nowomowy, dzwoniąc ostrogami teoretycznej podbudowy, pomysłami strzelał z biodra, każdym z nich budząc popłoch pośród miejscowego aparatu awangardy klasy robotniczej, czyli tuzina pracowników nierentownego tartaku.

Nowy sekretarz potrafił z byle czego zrobić coś. Ba! Umiał to uczynić również z niczego. W ten właśnie sposób utworzył w Gminne Muzeum Czynu Rewolucyjnego, a Sebastiana wyszarpnął spomiędzy zakurzonych piramid partyjnej makulatury. Na dobry początek wysłano świeżo upieczonego kustosza na wczasy do NRD. To właśnie tam, na podstralsundzkiej plaży szczelnie pokrytej prażonymi na słońcu antyfaszystowskimi ciałami obywateli pierwszego w historii Niemiec państwa robotników i chłopów - w umyśle Sebastiana powstały zręby nowej placówki muzealnej. Nie był pierwszym, którego enerdowska rzeczywistość zainspirowała.

Szefując gminnemu MCR w W., Sebastian mógł tylko zazdrościć Poroninowi Lenina, ale nie poddawał się - nieliczne eksponaty gromadził z zapałem. Na honorowym miejscu umieścił porcelanową fajkę o złamanym cybuchu, odnalezioną w wykopie na fundamenty pod daczę jednego z wrocławskich partyjnych bonzów. Pogotowie archeologiczne (pod niejakim naciskiem powiatowego sekretarza) datowało znalezisko na połowę XIX w. Kustosz natomiast - z godnym pochwały egzekutywy refleksem - skonstatował, że odnaleziono pamiątkę po Ferdynandzie Lassale’u. Archeolodzy usiłowali oponować, że przypuszczalnie zagubił ją jakiś pruski opój, być może podczas bijatyki - aż po 1945 w tym miejscu stała karczma, ale kustosz był twardy. Doskonale wiedział, że enfant terrible ruchu robotniczego żył i studiował w nieodległym Wrocławiu. Czy można zatem bezdyskusyjnie stwierdzić, że nigdy nie odwiedził W.? Nie można. Skoro więc odwiedził, to mógł zagubić fajkę. Przecież palił. Karczma? Pił również, skąd więc wątpliwości? Cybuch zaś z pewnością uległ destrukcji podczas (możliwej przecież) sprzeczki z miejscowym dealerem opium dla mas. Dowody? W zasadzie nie ma, ale poszlaki owszem: skoro Lassalle był antyklerykałem, a życie zakończył w pojedynku, to wnioski nasuwają się same.


Wraz ze wzrostem historycznej rewolucyjności gminy, rósł i kustosz. Jakże mógł nie rosnąć, skoro jego gminny protektor z czasem stał się zięciem szefa powiatowej PZPR? Sebastian rósł zatem i nie przejmował się złymi językami donoszącymi do MO, że eksponaty fabrykuje po nocach, a w pogadankach dla dzieci łże niczym ideologicznie partii obcy jezuita. Jak było w istocie, wiedział jedynie Sebastian. Inni mogli tylko przypuszczać, że z pietyzmem złożone w gablocie listy Jenny Marks do męża, datowane na lato 1849r., a pisane rzekomo właśnie z W. - w istocie nakreślone zostały ręką kustosza zimą roku 1974. Nikt też nigdy nie udowodnił, że ołowiany „centurion używany przez Engelsa do zabawy w powstanie Spartakusa” pomalowany jest dwudziestowieczną farbką japońskiej firmy „Tamiya”.

*

Zmierzając w kierunku barakowozu pełniącego obowiązki biurowca, Sebastian promieniał dumą, jak na kustosza Multimedialnego Muzeum Historii Polski przystało.

Mijał właśnie „Sierpniowy skok”. Na instalację tę składało się piętnaście metrów suporeksowej konstrukcji, zza której wychylały się trzy imitacje stoczniowych żurawi. W godzinach otwarcia muzeum, jeden z jego pracowników (ucharakteryzowany na wczesnego Wałęsę) z regularnością szwajcarskiego zegarka, co siedem minut przeskakiwał atrapę stoczniowego muru. Będąca autorskim pomysłem Sebastiana ekspozycja w równej mierze napawała go dumą, co przysparzała strapień.
Tyleż legendarny, co kontrowersyjny przywódca „Solidarności” wciąż bowiem ewoluował z narodowego bohatera w esbecko niecnego „Bolka” - w zależności od tego, czyje polityczne racje były w danej sejmowej kadencji „na wierzchu”. W tej niełatwej sytuacji Sebastian radził sobie fortelem: gdy u władzy byli przeciwnicy gdańskiego wąsacza, zawieszał funkcjonowanie instalacji wysyłając „Wałęsę” na L-4. Kiedy natomiast krajem trzęsła „prowałęsowska” opcja, „Sierpniowy skok” codziennie od 9.30 do 19.00 radował oczy zwiedzających. Kustosz uwielbiał wtedy przycupnąć na ławeczce nieopodal ekspozycji. Mrużąc oczy, z sercem drżącym stosownie do wagi rekonstruowanego wydarzenia wtapiał się w tłum. Chętnych ujrzenia wąsatego bruneta zręcznie (mimo iż przeszkadzał mu monstrualnej wielkości długopis) przenikającego do „stoczni” - nigdy nie brakowało. Ale nie dziś. Tabliczka z napisem „zamknięte z powodu choroby pracownika” - mówiła wszystko o wynikach ostatnich wyborów parlamentarnych.

Parędziesiąt kroków dalej jak wyrzut sumienia ziała pustka, tu również nic się nie działo, lecz z przyczyn zgoła pozapolitycznych. Właśnie w tym miejscu „ks. Józef Poniatowski” miał od wiosny po wczesna jesień ginąć co kwadrans w płytkiej toni Elstery. Niestety, kiedy przed rokiem wykopano namiastkę niemieckiej rzeczułki i zatrudniono emerytowanego kaskadera, tuż przed uroczystym otwarciem ekspozycji okazało się, że koryto „rzeki” błyskawicznie wysycha. W całym kraju panowała wówczas susza i pompowana ze Ślęzy woda błyskawicznie wsiąkała w podłoże, ale kustosz i tak podejrzewał „Poniatowskiego” o sabotaż (ktoś dublujący u Passendorfera i Poręby nie mógł przecież zasługiwać na zaufanie). Brak środków nie pozwolił na artezyjskie ekstrawagancje, „Elsterę” odłożono ad acta.

Usiłując zapomnieć o tej porażce, Sebastian dotarł do „Czarnoleskiego Eremu”. Pod rozłożystą lipą stał stół, zasiadał za nim brodaty jegomość w renesansowym stroju i z namaszczeniem skrobał gęsim piórem po pergaminie. Z ukrytych w koronie drzewa głośników zawodziła renesansowa kapela rodem z pobliskiego emdeku zarządzanego przez żonę Wiesławiaka. Instalację udało się Sebastianowi powołać do życia niespotykanie małym nakładem środków. Choć niektórzy kręcili nosami, kustosz postawił stół z paździerzówki udającej tylko dębinę oraz słynną lipę wyprodukowaną w Chińskiej Republice ludowej. Ekspozycja w założeniu była całoroczna i dlatego plastikowa dendromuza ojca polskiej poezji bardziej się kustoszowi wydała „na miejscu i w czasie”, niż nagie przez pół roku konary żywego drzewa. Sebastian, mimo iż był z „Czarnolasu” niezwykle kontent, nie zatrzymywał się przy nim nigdy. Teraz też przemknął chyłkiem, kątem oka rejestrując, że „Jan Kochanowski” unosi się z zydla, otwierając usta. „Mistrz” wiecznie był niezadowolony, wciąż miał o coś pretensje. Najczęściej o gołębie, które plastikowe natchnienie poety dziwnie sobie upodobały.

Dla odmiany, pracujący nieopodal „Książę Jarema Wiśniowiecki”, był „do rany przyłóż”. Tak dla przełożonych, jak współpracowników. Sebastian uśmiechnął się i ukłonił „kniaziowi” na powitanie. „Wiśniowiecki” na widok kustosza nisko skłonił dostojną głowę w sobolowym kołpaku, ani na moment nie przerywając głośnego czytania „Ogniem i mieczem” gromadce bosych dzieci. Siedziały u jego stóp odziane w śnieżno-białe ukraińskie soroczki. Czytając, „Jarema” głaskał je po zasłuchanych główkach i częstował „krówkami”.

Kilkadziesiąt kroków dalej Sebastian stracił humor ponownie. Postaci w carskich mundurach z 1831r. wdrapywały się na szaniec zwieńczony dymiącą armatą, o którą opierał się mężczyzna w siwej peruce i raz na kwadrans ginął od wrażych bagnetów. Sebastian, skrzywił się z niesmakiem: „Sowiński” umierał jakoś tak bez wyrazu, by nie powiedzieć drętwo i sztywno. Bez polotu. Najgorsze, że w żaden sposób nie można było temu zaradzić. Z przyczyn politycznych.

*

Gminno-rewolucyjne Rapersville tak rozkwitło, że jego sława odbiła się echem nawet za granicą, czego dobitnym dowodem były regularne wizyty umundurowanych grup z enerdowskiego FDJ. Prosperity muzeum niespodziewanie kres położył stan wojenny, a ściślej otyły porucznik Ludowego Wojska Polskiego mianowany w W. komisarzem. Ekspozycję skontrolował fachowym okiem inżyniera współczesnego pola walki i zdiagnozował: - Nie. To wbija klin. Godzi w porozumienie narodowe. Zlikwidować!

Zdruzgotany Jaruzelskim terrorem Sebastian powrócił do archiwum. Po kryjomu sporządzając dla potomnych odpisy z partyjnych protokołów, odwracał się stopniowo od tradycji marksistowskiej, powracając do ojczyźnianej. Jak kiedyś brak dyplomu tłumaczył marnym zdrowiem, tak teraz szeptało się o represjach za przekonania, o których nie można jeszcze mówić nic więcej. Dławionego piekącą goryczą eks-kustosza ponura rzeczywistość stanu wojennego pchnęła w objęcia postendecji. Nie to, żeby miał coś przeciw Żydom czy homoseksualistom. Nie. Zdecydowała, jak zwykle u niego, miłość do ojczyzny. Tym razem w grę nie wchodziła jednak zabużańska macierz światowego proletariatu, lecz bezkresna (w granicach z 1772r.) wszechojczyzna etnicznie czystych Polaków.
Obalenie komuny świętował Sebastian w gronie znajomych. W ścisłym, na wszelki wypadek. W odróżnieniu od aktywnych w antyjaruzelskim podziemiu naiwniaków, on dobrze wiedział, że bezpieka macki ma dłuższe niż największe atlantyckie ośmiornice. Naturalnie, w budowanie nowej rzeczywistości pragnął się włączyć, ale odstręczało go panoszenie się michnikowszczyzny narzucającej obmierzłą poprawność polityczną i tchórzliwą grubą kreskę zamiast podobnych gabarytów pały. Od początku wyczuwał w tym spisek. Czyj, było dla niego absolutnie oczywiste.


Czasy IPN dopiero miały nadejść, PZPR swój sztandar wyprowadziła nawet z W., archiwum więc zlikwidowano. Sebastianowi pozostało jedynie nauczanie postpegieerowskiej dziatwy w zbiorczej gminnej. Lekcje historii z byłym i przyszłym kustoszem nie budziły wśród uczniów entuzjazmu: zarówno czasy zamierzchłe jak i dopiero co minione wykładał w słowach tyleż wzniosłych, co pustych. Obce spiski odnajdował tak przy okrągłym stole króla Artura, jak i tym kiszczakowskim. Pięknie to brzmiało i znajdowało odzew na zebraniach rodziców, ale uczniowie nudzili się jak mopsy. W każdym razie ci o włosach dłuższych, niż trzymilimetrowe.

*

Dzięki wypożyczonej z aeroklubu szybowcowej wyciągarce atrapa „Tygrysa” zwolna zbliżała się do tekturowej ruiny barokowego kościółka.
- Fucking szwab! - z greenpoinckim akcentem wrzasnął ktoś ze zwiedzających. Było ich całkiem sporo: umundurowane w jeansy i jaskrawe żakiety staruszki groźnie błyskały okularami w złotych oprawkach, ich mężowie zadawali szyku wielokolorowymi spodniami, kraciastymi marynarkami, koszulami lila-róż i krawatami we wszystkich barwach tęczy. Wcześniej musieli wpaść pod Giewont, gdyż na głowach mieli góralskie kapelusze z muszelkami, a „czołgowi” zmierzającemu ku „zbombardowanej świątyni”, wygrażali ciupagami.

Wtem, pośród wypalonych cegieł coś się poruszyło, poderwało na równe nogi i miotnęło butelką w czołg. Wieżyczkę „tygrysa” ogarnął ogień, a czarny dym wzniósł się w powietrze.
- Zuch - szepnął Sebastian. - Zuch!

Do identycznego wniosku doszła polonijna wycieczka, namiętnie klaszcząc i pokrzykując:
- Hero! A bezłeb go lij!
Jeden ze staruszków niezdarnie przelazł barierkę dzielącą widownię od „ruin”. Tak prędko, na ile tylko wiek i zdrowie mu pozwoliły doskoczył do mikrusa w powstańczym uniformie i wziął go w trzęsące się ramiona. Postękując, złożył na policzkach zaskoczonego bohatera serię siarczystych całusów. Sebastianowi łzy napłynęły do oczu. Łzy wzruszenia.
- Nie dotykać eksponatów! Nie dotykać! Nie dotykać!

Wszyscy zamarli. Słychać było tylko trzask ognia kąsającego wieżyczkę „tygrysa”. Sebastian zwiesił głowę. Łzy nadal kapały mu na krawat. Były to już jednak łzy goryczy, bezsilności i wzbierającego gniewu. Otarł oczy, siąknął nosem.

- Co pani wyprawia?! - wrzasnął w kierunku babska w błyszczącym fartuchu, które pojawiło się nagle i wydarło na polonusów.
- No eksponat mie tu dotyka ten pryk!
- Precz! - wycedził kustosz do babsztyla, a do zbitych z pantałyku staruszków zwrócił się łagodnym, najmilszym, na jaki go było stać tonem:
- Rodacy! Błagam o wybaczenie. Takie, widzicie kochani, mamy tutaj kadry. Z minionej epoki. Proszę, przejdźcie alejką w lewo. Tam, pod staropolską lipą czeka na was sam Jan Kochanowski! Serdecznie zapraszam!

Wycieczka jak wytresowana zrobiła w lewo zwrot i kołyszącą się nierówno dwójkową kolumną, podpierając się ciupagami i szepcząc z polska po amerykańsku, podreptała we wskazanym kierunku. Sebastian odprowadził ją rozanielonym wzrokiem. Kiedy zniknęła za zakrętem, westchnął ciężko. Zaraz potem sapnął raz, drugi i zwrócił się ku babsku, piorunując je morderczym wzrokiem:
- Co to miało być?! Co pani sobie wyobraża? Co to za wrzaski, co?!
Babsztyl poczerwieniał i warknął:
- Jak, co? Pracuje, nie? Pilnuje, nie?
- Pani praca to nie pyskowanie do zwiedzających. Co za dyletanctwo! Brak wyczucia chwili!
- A ten dziadyga eksponat mnie ruszał, tom interen… interweniowała!
- A ja pani kategorycznie zabraniam tego rodzaju interwencji! Naczelną ideą naszego muzeum jest umożliwienie gościom jak najbliższego kontaktu z historią ojczyzny! Co z tego, że ten pan powstańca ucałował? I dobrze! O to właśnie chodzi, a nie o beznamiętne gapienie się na jakieś gabloty. Pokazujemy ludziom, co w naszej historii dobre, żeby oni… - Sebastian zorientował się, że babsko go już nie słucha.
Odeszło i uwaliło zad na krześle, druty wściekle zamigały mu w dłoniach. Nie zwracając uwagi kustosza, robiło na drutach szalik, pewnie dla wnuczka, bo w klubowych barwach „Śląska” Wrocław.

Sebastian chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował. Jak wiele razy w kontaktach ze swymi pracownikami, poczuł, że może nie tyle przed wieprze rzuca perły, co z osłami ma do czynienia. Zresztą jak zwał, tak zwał. Muzeum i tak nie było stać na perły.

*

Pod koniec pierwszej pięciolatki dwudziestego pierwszego stulecia nastąpił kolejny przełom w życiu Sebastiana. Znów za sprawą Bodzia już docenta. Okazało się bowiem, że kiedy Sebastian porastał gminnym mchem, jego przyjaciel wspinał się po szczeblach naukowej kariery.

Starzy przyjaciele spotkali się na odczycie jednego ze zmurszałych endeckich hunwejbinów traktującym o „Dominacji pierwiastka żydowskiego w strukturach UB i SB, oraz jego wpływie na kosmopolityzm KOR”. Jako że atrakcyjność Teresy (od 20 lat małżonki docenta), o którą pobili się kiedyś przez lata zdecydowanie spadła - bez trudu odnowili starą przyjaźń, posiłkując się morzem cierpkiego piwa zakrapianego łzami wzruszenia. Pojawił się i akcent optymistyczny: Bodzio po ostatnich wyborach znał już wreszcie kogo trzeba i na samej znajomości nie poprzestawał. Na pion śledczy w IPN był już wprawdzie zbyt stary, ale dostatecznie jary na euforyczno-aktywny udział w nowej polityce historycznej. Z tego właśnie powodu jego radość ze spotkania starego kumpla była podwójna: i prywatna, i służbowa. Bodzio przedstawił się przyjacielowi z odzysku jako pomysłodawca placówki, o której słuchy w środowisku chodziły już dawno: Multimedialnego Muzeum Historii Polski.
Sebastian bez namysłu zgodził się przyjąć posadę wicekustosza.
Projektowane muzeum stanowić miało główną fortyfikację patriotycznej Linii Maginota niezbędnej zdaniem Bodzia i jego protektorów do prowadzenia skutecznej walki o pamięć i dusze współczesnych potomków Rzepichy i Piasta Kołodzieja. W długiej historii polskiego muzealnictwa była to koncepcja nowatorska w formie, Bodzio wykoncypował bowiem, by apelować do narodowych sumień (oraz podświadomości) stosując najnowsze techniki audiowizualne pozwalające na interaktywny kontakt z przeszłością. Zdaniem docenta nadszedł wreszcie kres biernego wybałuszania się na zawalone eksponatami gabloty, nastąpił czas interaktywnie ożywionego kontaktu z tradycją.

Wysłany do ministra kultury i wiadomego dziedzictwa list intencyjny wprawił adresata w radosne osłupienie niekonwencjonalną koncepcją rekonstrukcji „Obiadów czwartkowych”. W „sali pałacowej” czekać miał na zwiedzających i zapraszać ich do suto zastawionego stołu „król Staś”. Częstując staropolskimi potrawami (zbiegiem okoliczności szwagier Bodzia miał firmę cateringową) „monarcha” inicjować miał i moderować rozmowy o sztuce, literaturze, rozbiorach, obcych zakusach i narodowym trwaniu. Brawurowa propozycja docenta wzbudziła w ministerstwie niekłamany entuzjazm. Natychmiast znalazły się środki finansowe i budowa pionierskiej placówki ruszyła z kopyta.
Muzeum ulokowano pod Wrocławiem. Placówka miała przecież również pełnić obowiązki polityczno-historycznej haubicy dalekiego zasięgu wycelowanej we Frau Steinbach, a do tego celu prężna dolnośląska metropolia nadawała się idealnie. Lokując muzeum w okolicy skupiska supermarketów na obrzeżach miasta, zapewniano mu stosowną frekwencję, skutecznie wpisując się w obyczaj spędzania dni wolnych w świątyniach mamony.
 

Docent Bodzio nie doczekał otwarcia wymyślonej przez się placówki - zmarł tragicznie w 2005r. Wprawdzie policyjne dochodzenie doprowadziło do procesu i skazania za morderstwo z premedytacją żony docenta - Teresy, ale wiele się mówiło o antypolskim spisku. Niektórzy posuwali się do oskarżania Brukseli o usunięcie ze świata bojownika o polską tożsamość narodową. Sebastian trzymał się z dala od domysłów - bolał nad śmiercią przyjaciela i mentora w jednej osobie. Na jego pogrzebie płakał w głos, ale nie do końca szczerze, w końcu odziedziczył przecież po zamordowanym stanowisko: został kustoszem muzeum, co stanowiło szczyt jego marzeń, tym bardziej, że ideowa koncepcja placówki niezwykle go pociągała.

*

- Dzień dobry, pani Urszulo - powitał okopaną za biurkiem strusicę o małej główce i dragońskich odnóżach.
Odzewu nie było. Tak, jak co dzień od połowy grudnia, kiedy to pominął ją dzieląc nagrody roczne. Choć przychodziła do pracy, jak zwykle punktualnie, to nawet nie zaglądała do biura. Cumowała w zakładowej stołówce, demonstracyjnie oddając się tam krzyżówkom z „Superexpressu”, czasem tylko podnosząc wzrok pełen żądzy mordu. Sebastian słusznie domniemywał, że myślała wówczas właśnie o nim. Z czasem nieco złagodniała i nawet wróciła do pracy, każdym jednak gestem, mruknięciem czy grymasem jasno dając do zrozumienia, że kustosza ma za dupka i to wcale nie żołędnego. Wice ostrzegł szefa przed podejmowaniem kroków dyscyplinarnych: - Lepiej jej nie tykać teraz. Mściwa jest. Wie pan, jak z takimi... Jeszcze coś na nas nasmaruje…

- Dzień dobry! - złośliwie ponowił powitanie. Odpowiedziała mu cisza. - Halo, tu ziemia!
- Bry - padło nareszcie.
Kustosz powiesił kapelusz na wieszaku, ubłocone buty zdjął i robiąc na podłodze mokre ślady, pomaszerował za kotarę, by umyć stopy w umywalce. Po powrocie zatarł dłonie i rzucił:
- No, pani Urszulo - ostro bierzemy się do pracy. Co tam mamy na dzisiaj?
Chwilę udawała, że nie słyszy, w końcu jednak rzuciła nadąsanym głosem:
- Sponsoring.
Sebastian skrzywił się:
- Proszę panią do mnie.

Była to z jego strony jawna ekstrawagancja, barak składał się bowiem z przedsionka, kącika z umywalką oraz jednego jedynego pomieszczenia biurowego. Biurko Sebastiana dzieliło od miejsca symulowania pracy sekretarki marne pół metra. Nawet szepcząc, słyszeliby się doskonale, ale i tak zawsze „zapraszał ją do siebie”, by usiadła po interesanckiej stronie biurokratycznego frontu. Dopiero w takiej konfiguracji kustosz czuł się odpowiednio służbowo.
- Od czego zaczniemy?
- Może od „Sikorskiego”?
- Tak?
- Ci Japończycy z „Hokkaido”. Chcą sponsorować „Gibraltarską katastrofę”, ale warunki stawiają te, co zwykle.
Sebastian zagryzł wargi.
- Pani zdaje się wie, gdzie u nas stoi niszczarka?
- Tak.

Sekretarka zajęła się niszczeniem azjatyckiej oferty, a kustosz z lubością słuchał, jak ostrza maszyny po raz jedenasty w tym kwartale odprawiają żółtków z kwitkiem. Ofertę uważał za obelżywą i haniebną. Choć pieniądze Japończycy oferowali ogromne. Bezczelnie jednak przy tym żądali, by mokry i opleciony wodorostami generał wkraczał pomiędzy widzów i rozdawał ulotki reklamujące sieć japońskich restauracji „Hokkaido”, w której zupa z wodorostów stanowiła specialité de la maison.
- Dalej! - warknął.
- Faks z Czech.
- Tak?
- Browar z Pilzna sugeruje, że jeśli Mieszka I poszerzymy o Dobrawę, to poniesie koszty całości „Chrztu Polski”.
- Do niszczarki z tym. Dobrawa może i była dobra. Kiedyś. Wieki temu. Teraz Czesi, to przypadkowa zbieranina tchórzliwych ateistów. Do niszczarki. Na makaronik. Ale, ale! Znalazł się już może sponsor „Szczerbca”? Miała pani monitować…
- Porażka. Każdy odpowiada to samo.
- „Sędzimir” też?
- Nikt nie chce się kojarzyć z wadliwego produktem.
- Z czym, niby?! - zdumiał się Sebastian.
- No, z mieczem, co się kruszy i to jeszcze po środku.
- Profani - westchnął kustosz z rezygnacją. - A co z Rejtanem?
- Dobra wiadomość - zakomunikowała sekretarka ponurym głosem. - „Wólczanka” się skłania.
- Pięknie! - ucieszył się Sebastian.
- Tylko, że Rejtan ma być zapięty. Krawat odpuszczają, ale o rozdzieraniu koszuli mowy ma nie być.
- Żenada, pani Urszulo, żenada. Do niszczarki. Albo nie. Dla urozmaicenia - w kulkę i do kosza. Co dalej?
- Jeśli chodzi o „Poniatowskiego”, co skacze do rzeki, to jest oferta Państwowej Stadniny Ogierów w Krasnymstawie.
- Czego żądają w zamian?
- Swojego logo na czapraku.
- Zgoda. Książę Pepi je sobie pięknie zasłoni burką - twarz Sebastiana ozdobił lisi uśmieszek. - Co jeszcze?
- Nic. Koniec.
- No, to ja pani na razie dziękuję.

Wstał, szurając krzesłem. Z szafki w kącie wyjął trzewiki, które trzymał tam na wszelki wypadek.
- Skoczę teraz na śniadanie i zaraz wracam - poinformował sekretarkę, która w odpowiedzi raczyła nawet skinąć głową.

Idąc do zakładowej stołówki Sebastian musiał, co zresztą zawsze sprawiało mu przyjemność, przejść przez sektor „Za Naszą i Waszą”. Zaraz za jego bramą tradycyjnie skierował się do niepozornej, acz schludnej budki ozdobionej barwnym szyldem „Szmalcownictwo sp. z o. o.”. Otyły mężczyzna o budzącym zaufanie wyrazie twarzy uśmiechnął się na widok kustosza.
- To, co zwykle poproszę - zwrócił się Sebastian do „Szmalcownika”
- Służę panu kustoszowi, służę. Ale z jabłuszkami już wyszedł. Niestety.
- Jaka szkoda!
- Na szczęście mam ze skwareczkami! Żonka wczoraj wieczorem natopiła dość!
- To ja poproszę. Ale piętkę i mocno posolić.
„Szmalcownik” w mig spełnił zachciankę przełożonego. Kustosz z lubością ugryzł kęs grubo posmarowanej smalcem piętki razowca i podziękował skinieniem głowy.

Posilając się, minął tekturowe skupisko mazowieckich chałup, w których masowo ukrywano „Żydów” przed „hitlerowcami”, potem skręcił w kierunku „rampy kolejowej”. Wbił się między odświętnie ubranych „osadników”, którzy przy akompaniamencie orkiestry KBW pomagali wysiedlanym „Niemcom” zajmować wygodne miejsca w pulmanowskich wagonach. Kustosz z trudem przecisnął się przez uśmiechnięty tłum machający rozradowanym „odjeżdżającym” na pożegnanie i obsypujący ich kwiatami.

Sebastian prawie już dotarł do stołówki, gdy ni stąd ni zowąd zastąpił mu drogę mężczyzna w furażerce z ukoronowanym orzełkiem, baranim kożuszku, błyszczących oficerkach i z pepeszą przewieszoną przez ramię.
- Przepraszam, panie kustoszu... - na chwilę przestał nucić „Skrzypka na dachu” w słowackiej wersji językowej - ...kustoszu... Ale... Ale coś pan tu ma. O!
To mówiąc, delikatnie wysupłał z włosów Sebastiana płatek goździka. Wpatrując się weń skupionym wzrokiem ni to spytał, ni to stwierdził:
- Szliśmy koło rampy. Koło rampy szliśmy…
Kustosza ciarki przeszły po plecach jak zawsze, kiedy tylko stykał się z tym człowiekiem. Nigdy nie był pewien, czy on jeszcze gra, czy też jest już po fajrancie.
- Tak, tak… Koło rampy.
Sebastian ostrożnie wyminął „partyzanta” i czując na swych plecach jego palące spojrzenie - wpadł jak bomba do stołówki.

*

Wprawdzie szefując MMHP mógł Sebastian oddychać pełną patriotyczną piersią, lecz borykać się musiał z trudnościami. Jak to w Polsce zwykle - obiektywnymi. Najgorszy był brak pieniędzy. Prywatnie kustoszowi zdarzało się kwaśno żartować, że właśnie pusta sakiewka idealnie nadawałaby się na godło minionych RP, które muzeum ma upamiętniać. Służbowo nie było jednak Sebastianowi do śmiechu. Służbowo łkał nieustannie nad finansową mizerią podległej mu placówki.

Początkowo żadne znaki na niebie i ziemi jej nie zapowiadały. Zdawało się, iż muzealny ostrów opływać będzie szeroka rzeka pieniędzy powstała ze skumulowania się strumieni z kas państwowej, unijnej oraz prywatnych darczyńców. Hojnie dotowana placówka tętnić miała multimedialnym życiem: zewsząd dudnić miały niewidoczne głośniki, oczy i serca zwiedzających zamierzano atakować obrazami z telebimów (wzorem Panoramy Racławickiej) wmontowanych w malowidła złączone z dekoracjami. Alejkami i korytarzami przechadzać się mieli przebrani w historyczne szaty i rynsztunki absolwenci instytutów historii z całego kraju. I to magistrzy, a nie żadne tam licencjackie niedoróbki. Rozmach, rozmach i jeszcze raz rozmach! Byle tylko trafić do tonącej w nihilizmie oraz narkomanii przez to odwracającej się od historii swego narodu młodzieży poprzez imponującą, a jednocześnie hiperprzyjazną zwiedzającym megaekspozycję. Niestety w trzy i pół wieku po Potopie, znów nabruździli Szwedzi.

Rękoma Brukseli usiłowali spowodować, by jasnogórską fortecę zbudowała (ze środków własnych i w celach reklamowych) IKEA. Na szczęście nie poddano się euroszantażowi i sprawa narodowa zwyciężyła. Szwedzi zrejterowali między swe półki, UE wycofała swe fałszem podszyte dotacje. Traf chciał, że zbiegło się to w czasie z bezczelną reakcją Kremla na - jego stronniczym zdaniem - prezentowanie fałszywego obrazu dymitriad. Skutkiem jawnej postsowieckiej napaści podrożały nośniki energii i w państwowym budżecie pojawiło się więcej dziur niż zwykle. Jedynym wyjściem okazała się czasowa zmiana koncepcji muzeum. Brak brukselskich srebrników oraz fochy rosyjskiego niedźwiedzia sprawiły, iż zrezygnowano z komputeryzacji i telebimizacjii, a ministerialne fundusze ledwo wystarczyły na stworzenie kilkunastu namiastek muzealnych instalacji, zatrudnienie kilkunastoosobowego personelu na czas określony oraz podobnej liczby aktorów (w rolach eksponatów) na umowy o dzieło. Multimedialność stała się wirtualna, a z czasem okazało się również, że peerelowski azymut „najtrwalsze są prowizorki” nie stracił na aktualności w wolnej Polsce.


Sebastian próbował dostosować swoje działania do trudnej wolnorynkowej rzeczywistości. Osiągnął niewiele. Może dlatego, że rokując ze sponsorami zamiast kiesę muzeum mieć na uwadze koncentrował się na kontynuowaniu tradycji I Rzeczpospolitej. Dojąc środki płatnicze zawsze starał się dojonych przede wszystkim wyprowadzić w pole, grając jednocześnie na ich rzeczywistym lub tylko wymuszanym patriotyzmie. Warunków umów (po zapoznaniu się z potwierdzeniami przelewów) nie dotrzymywał, a w odpowiedzi na jakiekolwiek zażalenia wytaczał kolubryny oskarżeń o działanie na szkodę restytucji narodowej pamięci. Nadmienianie o braku honoru mijało się z celem, bowiem Sebastian ochoczo szedł w ślady słynnego Diabła Łańcuckiego, który wtrącając wierzyciela do lochu, na jęki - A gdzie Waści honor? - zwykł odpowiadać porażająco szczerze: „Szkoda mego honoru, bym go dla ciebie chłystku marnował!”

Honoru więc kustosz nie marnował, czego się nie dawało powiedzieć o szansach na poprawienie finansowej kondycji podległej mu placówki. Jego ars pertractandi była nader skuteczna, ale tylko w stosunku do niedoinformowanych. Kto od finansowej strony zdążył Sebastiana poznać, unikał go jak morowego powietrza. Kustoszowi nigdy jakoś nie przyszło do głowy mieć w związku z tym jakiekolwiek pretensje do siebie. Do państwa też ich nie miał - starało się jak mogło. Nawet sejm potrafiący zdobyć się na uchwałę o finansowaniu muzeum połową wpływów z abonamentu radiowo-telewizyjnego. Paradoksu nie było w tym żadnego, gdyż na terenie zarządzanej przez Sebastiana placówki politycy uwielbiali organizować konferencje prasowe przy wszelkich możliwych okazjach. Partyjne logo na tarczach piastowskich wojów robiły piorunujące wrażenie, a kłusująca za plecami ględzących do mikrofonów husaria doskonale komponowała się z wypowiadanymi treściami. W takiej scenerii lobbowanie na rzecz prywatyzacji służby zdrowia, zmiany kanonu lektur, czy wysłania kolejnego kontyngentu wojska dokądśtam - nabierały patriotycznego wymiaru. Święte oburzenie na unijnie narzucane zbyt niskie ceny skupu żywca, wszechogarniający kosmopolityzm oraz zalew propagandy homoseksualnej również brzmiały dostojnie i narodowotwórczo.


Nie tylko finanse powodowały wprzęgnięcie się muzeum do ciągnięcia politycznego wózka. Również ekonomia w skali mikro. Wprawdzie pensje pracowników muzeum do satysfakcjonujących nie należały, ale i tak taran politycznego nepotyzmu rychło po otwarciu zastukał w mury placówki. Wystarczyło by bratanek jednego z lokalnych notabli nie dostał się na politechnikę. Urzędnik wpadł na pomysł, że najłatwiej wyreklamuje chłopaka z armii, jako pracownika instytucji użyteczności publicznej. Lament Sebastiana - przecież on ma obie dolne kończyny! - wojewoda zbył pogardliwym uśmieszkiem: - Darujmyż sobie nadmierną drobiazgowość, panie kolego! Sebastian próbował kontrataku: - Sowińskiego powinien grac ktoś bez nogi. I gest piękny i ulga za zatrudnianie niepełnosprawnych. Notabl wykazał zrozumienie, a jakże i zaproponował zatrudnienie w MMHP swego siostrzeńca-rencisty, któremu przepuklina kazała zerwać z zawodem dżokeja. Sebastianowi opadły ręce. Na szczęście eks-dżokej okazał się z czasem jednym z najwartościowszych pracowników: w plamiastej kurtce Waffen SS, w hitlerowskim hełmie spolszczonym biało-czerwoną opaską doskonale komponował się na tle pieczołowicie odtworzonych ruin gotyckiego kościółka i barokowej kamienicy, a butelki z benzyną miotał na atrapę „Tygrysa” z precyzją zawodowca.

Czyim krewnym był „Kopernik”, tylko się domyślano. Prawdopodobnie kogoś z bardzo wysoka. W innym bowiem wypadku wyleciałby z pracy w ciągu pięciu minut ponieważ zamiast grać fromborskiego tytana myśli w sposób napawający zwiedzających dumą, stanowił grubą krechą nasmarowaną karykaturę wielkiego astronoma. Sebastian go szczerze nienawidził, gdyż jako kustosz był zaprzysięgłym wrogiem partactwa, a poza tym nie mógł znieść „astronoma” będącego chodzącym przykładem obmierzłej kustoszowi poprawności politycznej. Symbolem kapitulanctwa stał się „Kopernik” skutkiem ustaleń na najwyższym szczeblu, gdzie - jak to kustosz z pogardą określał - na kolanach zdecydowano, że „Geniusz z Fromborka” nie będzie się w godzinach pracy odzywał, by uniknąć kłótni o jego narodowość. Zarządzono, by niemo pląsał z astrolabium w jednej, a opasłym manuskryptem w drugiej dłoni. I był w tym po prostu beznadziejny. Niektórzy sugerowali Sebastianowi, by zwrócił się do słynnej na cały świat wrocławskiej pantomimy o podesłanie kogoś, ale kustosz nie dał się sprowokować. Zarówno o preferencjach seksualnych śp. Tomaszewskiego mówiło się w kręgach narodowych same niedobre rzeczy. Z dwojga złego kustosz wolał już amatora-partacza.

*

Sebastian za wyznawcami islamu nie przepadał, pomijając Haruna Al-Raszida, którego lubił naśladować. Był przekonany, że wmieszanie się w podwładne masy daje mu większą wiedzę o zarządzanej firmie, niż rozmowy z zastępcą i lektura sprawozdań. Zapominał wszakże o jednym: stykając się z „ludem” nie incognito, na szczerość mógł liczyć tylko i wyłączne w kontaktach z będącymi na wypowiedzeniu.
- Co tam dzisiaj mamy smacznego? - zwrócił się do cycatej nastolatki ze znudzeniem bełtającej chochlą w kotle.
- Pomidorowa.
- Wspaniale! - udał radość.
Dziewczyna nalała mu do pełna:
- Prrroszę!

Starając się nie patrzeć do talerza poszurał do stolika pod oknem. Usiadł. Przez kilka minut udawał, że je ze smakiem. Wtem drzwi stołówki uchyliły się i wsunęła się przez nie głowa Wiesławiaka. - Ten to, psia krew, nie chodzi, tylko się skrada i węszy - sarknął w duchu Sebastian. Jednak, jako pragmatyk uśmiechnął się i skinieniem głowy wskazał „wice” wolne krzesło.

Zaproszony ciężko na nie klapnął i momentalnie nachylił się szepcąc kustoszowi do ucha:
- Szefie, ale numer. Pan wie, z kim ona jest w ciąży?
- Z kim? - odruchowo spytał zaskoczony Sebastian. - Kto?
- Szef, widzę, niezorientowany - uśmiechnął się Wiesławiak. - Ta gówniara, co zupę leje. Z tym całym „Ogniem” zaszła. A ja się dziwiłem, czemu on od samego początku waruje przed stołówką.
Grymas na twarzy Sebastiana nosił wyraźne znamiona pełnej dezaprobaty.
- To chyba jest ich prywatna sprawa, panie kolego. Nie uważa pan?
- Ale ślubu to oni nie mają i na ile „Ognia” znam, to nie będą mieli.
- Nic mnie to nie obchodzi. Po co mi pan tym głowę zawraca? - żachnął się kustosz.
- Zawsze pan mówi, żeby na stołówce nie rozmawiać o pracy - obruszył się Wiesławiak.
- Nie wmówi mi pan jednak, że kogokolwiek i kiedykolwiek zachęcałem do plotkowania - zaoponował Sebastian. - Może jednak porozmawiajmy na tematy służbowe.
- Jak pan woli - napuszył się „wice”. - Maila dostałem. Ciekawego. Pieniążkami waniajet.
- Serio?
- A pewnie. I to od kogo! Nigdy pan nie zgadnie, ale proszę próbować!
- Żadnych mi tu zgadywanek. Niech pan mówi, w czym rzecz, albo da mi spokojnie zjeść zupę.

Wiesławiak nachylił się jeszcze bliżej:
- Jedna gwiazda filmowa chce sponsorować „Poniatowskiego”!
- Którego i jaka gwiazda?
- Józefa. A napisała do mnie Nastassja Kinsky! - z dumą oświadczył Wiesławiak.
- Do pana?
- No, w sumie to do muzeum napisała. Do nas. Tylko, szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat w nas ona chce pakować pieniądze.
- Pan, panie kolego skończył rehabilitację na AWF, ale pracując w muzeum historycznym, wypada wiedzę uzupełniać. Matka księcia Józefa była Kinsky z domu. Proste.
- O, cholera! - rozemocjonował się „wice”. - Zaraz jej odpiszę! Że dziękujemy! Że...
- Festinae lente! - ostudził go Sebastian.
- Co?
- Nic nie pisać. Pan widział tę Kinsky na ekranie?
- No…
- Nie bardzo mi się ona nadaje na sponsora naszego bohatera narodowego. O jej ojcu hedoniście, to nawet nie chcę wspominać.
- Co? O jakim ojcu?
- O Klausie. Zboczonym tatusiu pani Nastassji. Niech pan jej w ogóle nie odpowiada. - zadecydował kustosz, zastanawiając się, czy przypadkiem Wiesławiak nie próbuje go wrobić.
Przy jego chorobliwym uzależnieniu od intryg nie byłoby to dziwne: najpierw sprowokować akceptację propozycji niebędącej przecież zakonnicą Niemki, a potem donieść o braku patriotyczno-moralnej czujności. Niedoczekanie!

- Ma pan do mnie coś jeszcze?
- Ten Tarnów znowu się wtrynia, panie kustoszu. Z Bemem. Dlaczego go u nas nie ma? - pytają. Przecież nie napiszę wprost, że my terroryzmu nie popieramy.
- Cóż - speszył się Sebastian. - To faktycznie problem. Po co on na ten islam na sam koniec przechodził? Odpisze pan, że na razie nie możemy wyjść im naprzeciw, bo Unia znów obcięła fundusze, a opozycja blokuje środki państwowe. Wilk syty, owca cała. Coś jeszcze?
Wiesławiak zajrzał do notesu. Chwilę go wertował.
- No, jest jeszcze problem z l-4. Personel za wiele choruje. Proszę, „Batory” znowu straszy chorobowym, bo rzekomo się dusi w tej swojej szubie. Marudzi, że w jego pawiloniku powinna być klima. Albo na przykład ten „Wałęsa”. Wie pan…
- Wiem, no ale to był wypadek, przecież. Łękotka.
- No tak, ale czy czasem specjalnie źle nie skoczył? Da pan głowę?
- Nie przesadzajmy - prychnął Sebastian i nie skończył, ponieważ nad stolikiem niespodziewanie ukazała się trzecia głowa.

Jej właściciel pojawił się w stołówce bezgłośnie i już od dłuższego czasu przysłuchiwał się rozmowie. W końcu nie wytrzymał. Dosiadł się i, chrząkając znacząco, poprawił wełniany szalik szyi. Drugą dłonią podrapał się w owłosiony tors częściowo tylko osłonięty rozchełstaną koszulą.
- Panie „Rejtan”… Na litość boską, znowu? - jęknął Sebastian.
- Panie kustoszu - zachrypiało w odpowiedzi. - Co ja poradzę? Kaszel mnie bierze, w płucach rzęzi… Dlaczego ja muszę w plenerze? I potem pretensje, że choruję.
- W jakim plenerze? - zaoponował „wice”. - W jakim plenerze? Przecież pan leżysz na progu, pod daszkiem, więc o co chodzi?
- O przeciągi, cholera! - chrypnął „Rejtan” oburzony do żywego. - A w ogóle, to…
- Dość! - warknął Sebastian. - Panie Wiesławiak. „Batory” na dwór, skoro mu powietrza brakuje, a „Rejtan” do środka, jeśli mu zimno. I więcej nie chcę o tym słyszeć!

*

Miłość niejedno ma imię: jedni afektem obdarzają intelekt swych bogdanek, inni ich fizyczność. Raz biust się kocha, innym razem łydki, w skrajnych przypadkach pieprzyk na lewym pośladku albo biegłą znajomość sanskrytu. Podobnie kochał i Sebastian. Wielbił historię Polski tyleż namiętnie, co selektywnie. W jednym okresie swej patriotycznej krucjaty emablował biust tradycji ruchu robotniczego (tak lewą pierś leninowską, jak prawą socjaldemokratyczną), w innym czułe szeptał słówka do Dziadkowego uszka sanacji. Kiedy indziej zaś namiętnie kąsał szyjkę tradycji bonapartystowskich lub drżącymi dłońmi głaskał ogoloną na zero myśl wszechpolską.

Dialektykę tę nie tyle wyssał z matczynej piersi, co przejął w genach po ojcu, obiekty swych polityczno-historycznych uczuć zmieniającym bez najmniejszego trudu. Jego polityczno-wojskowa kariera zapowiadała się wcale nieźle. Z czasem jednak napędzaną „partyzanckimi” koneksjami lokomotywę awansów młodego kapitana wyhamowano, by ostatecznie przetoczyć na rdzewiejącą bocznicę - po moczarowskiej hossie końca lat sześćdziesiątych, nadeszła bowiem bessa dekady Gierka. Ojciec przyszłego kustosza (już podpułkownik) poszedł w odstawkę, co pchnęło go w stronę opozycji: począł nagminnie, kiedy tylko był sam w domu, słuchać RWE.

Z antynarodowym reżimem walczył, nieświadomie wzorując się na Mrożkowym Lucusiu udzielającym się na ścianach publicznych toalet. Postmoczarowski opozycjonista był jednak głębiej zakonspirowany i narażał się bardziej profesjonalnie: niczego nigdzie nie pisał, o polityce nie rozmawiał z nikim, wysłuchanych audycji nie streszczał nawet najbliższej rodzinie. Nawet sam przed sobą udawał czynnego zwolennika realnego socjalizmu. Bezpieka nie dotarła do niego nigdy, w odróżnieniu od ORMO, w którym udzielał się - jak to po latach określił w liście do IPN - wallenrodycznie.

W pełni zgadzał się z tezą, iż eksponować należy tylko i wyłącznie to, co dobre w polskich dziejach. Z selektywnością historycznej pamięci nigdy nie miał problemu, kontynuując dzieło tragicznie zmarłego przyjaciela nie odstawał więc od odgórnie wypracowywanych koncepcji. Jego czynom przyświecały słowa P. Lagerkvista: „Nie istnieje pełne przedstawienie rzeczywistości. Tylko wybór”.


Nie mogąc pokazać całej prawdy o dziejach ojczyzny, musiał się na coś zdecydować. Postawił na czczenie jasnej strony tradycji. Za godne pamięci uznał te z jej epizodów, które krzepić mogły serca rodaków. Siłą rzeczy zrezygnował z przypominania Targowicy i wygnania arian, nie zrekonstruował, rzecz jasna, baraków Berezy, a sam Zamach Majowy przedstawiał jako festyn kochających Marszałka tłumów (w części umundurowanych). Mimo protestów putinowskiej ambasady nadal Dymitriady eksponował pod postacią odzianych odblaskowe labudokamizelki „Lisowczyków” przeprowadzających przez jezdnię gromadki dzieci w uszankach, dziękujących za to wojakom po rosyjsku. Wywołało to wprawdzie pewną burzę w mediach, ale jak zwykle w podobnych sytuacjach błyskawiczny przeciek sugerujący, iż pyskujący przewijają się w aktach SB - wystarczył z naddatkiem.

*

Skrzypnęły drzwi i do stołówki wtłoczył się człapiący buciorami z cholewami tłumek mężczyzn w przepasanych sznurkiem sukmanach. Na głowach mieli czerwone rogate czapki podszyte baranim kożuszkiem. Głośno się śmiejąc i pokrzykując jeden przez drugiego, osadzone na sztorc kosy z brzękiem oparli o wieszak w kącie. Na widok kustosza, ucichli, a bijący od nich smród palonej gumy zalał stołówkę. Sebastian schował twarz w dłoniach.

- Dzień dobry, panie kustoszu! - karykaturalnie nosowym głosem powitał go głośno jeden z nowo przybyłych.
Wyróżniał się z tłumu: jak pozostali miał na sobie sukmanę, lecz w odróżnieniu od kolegów - czystą. Odlepił perkaty nos z lateksu i odezwał się normalnym już tonem:
- Dzień dobry! Swoje zrobilim, tera śniadanie.
Sebastian przyjrzał mu się z obrzydzeniem:
- Znowu te opony? Wciąż tłumaczę, panie „Kościuszko”, że kosynierzy tego nie robili. A pańska przynależność partyjna mnie nie obchodzi. Ja kategorycznie żądam stosowania się do moich poleceń!
- Opony, to my na wolnym. Wczora na blokadzie. Po fajrancie.
- Ale w służbowych strojach! - chcąc się kustoszowi podlizać, zapiał Wiesławiak.
„Kosynierzy” ryknęli tubalnym śmiechem.
- Takie ony służbowe, Wiesławiak - przekrzyczał ich „Kościuszko” - jak z koziej dupy tromba! Nasze! Samimy skombinowali, nie?
- Jakbymy, kurwa, na wasze czekali - poparł go ktoś z tłumu - to z gołemi dupami bymy te ruskie armaty zdobywali, o!
„Kościuszko” splunął na podłogę i wściekle zagulgotał:
- Opony wam śmierdzo? Czekajcie! Jeszcze i tu zapalimy! A co, kurwa?! A co?! Opony śmierdzo, a naszy piniondzy nie?
Oburzony chór poparł „Naczelnika”:
- Nie będziem za darmo dymać! Zaległe płacić i chuj!

Czując wsparcie kolegów, „Kościuszko” przeszedł do konkretów:
- Czszy miesionce gówno! Z dniówki nas liczycie, z gołej, bez premii! A jak miało być? W umowie stoi: nie za godzinę, a w akordzie! Od zdobytej armaty się należy!
- Cisza! Spokój! - Sebastian poderwał się z krzesła. „Kościuszko” bezwiednie podsunął mu pomysł na spacyfikowanie awantury. - Panowie są w błędzie. Niestety!
Choć wewnątrz kipiał z oburzenia, nie dawał tego po sobie poznać.
- Co? - oburzył się „Kościuszko”. - Za armaty płacić i chu…
Sebastian zdążył wpaść mu w pół słowa:
- No, właśnie. Płacić za armaty… Jest pan „Głowacki”? Proszę, niech się pokaże.

Zakotłowało się, zaszemrało, na koniec „kosynierzy” wypchnęli na środek zwalistego ogolonego na zero młodzieńca. Opierał się początkowo, klął, ale w końcu się uspokoił. Wzrok wbił w podłogę i milczał.
- O, jest pan, panie Bartoszu! - złośliwie ucieszył się Sebastian. - Na szkoleniu jasno i wyraźnie panu tłumaczono, pozostałym również, co to znaczy zagwoździć muzealne działo, prawda? Prawda. Dostał pan gumowy młotek i plastikowe gwoździe? Dostał pan. I co? Dzieciom do zabawy! A w armaty zwykłym młotkiem i papiakami, nieprawdaż?
Kustosz otworzył kołonotatnik i kontynuował:
- W miesiącu marcu bieżącego roku uszkodzonych armat racławickich oddanych do remontu - dwie. W miesiącu kwietniu - jedna, w miesiącu maju - skandal! - cztery. Summa summarum: w pierwszym kwartale - siedem. Popsuto prawie całą baterię. Przyczyna? No słucham, panie „Głowacki”?

Indagowane chłopisko jeszcze niżej opuściło głowę i zaczęło miętolić kosynierkę w łapskach wielkich jak bochny chleba.
- Słuchamy, słuchamy! - powrócił z niebytu Wiesławiak.
- No? - naciskał kustosz. - Panie „Głowacki”? Panie „Kościuszko”? Pozostali panowie?
Chętnych do zabrania głosu zabrakło.
- Cóż, jedźmy dalej, skoro nikt nie woła - wycedził Sebastian. - Panowie życzą sobie akordowej stawki za zdobywane armaty. Pięknie. Słusznie. Zgodnie z umową, tak? Bardzo proszę. A punkt siedemnasty umowy panowie pamiętają? Panie „Kościuszko”?
„Naczelnik” podrapał się w nos i wybąkał:
- Nie za bardzo.
- To ja może przypomnę - triumfował kustosz. - W punkcie tym...
Urwał, słysząc skrzypnięcie drzwi.

- Kogo tam niesie? - ponownie zaktywizował się Wiesławiak.
- To tylko ja - oznajmił nowo przybyły w obcisłym czerwonym wdzianku i identycznej barwy czapce z dzwoneczkami. Pobrzękując przedarł się przez „kosynierski” tłum i stanął przy ladzie, mrugając do kucharki.
Kustosz błagalnie wzniósł oczy w górę i powrócił do rozładowywania kryzysu:
- Otóż w punkcie siedemnastym panowie zobowiązują się do należytego dbania o powierzony im sprzęt oraz mienie placówki. Mało tego! Zgadzają się panowie, by wszelki uszczerbek powstały z panów winy pokrywać z ich akordowych - jak pan „Kościuszko” słusznie zauważył - pensji. Mam rację? Nie słyszę!
Chętnych na przerwanie ciszy zabrakło.

- Nie słyszę! - powtórzył Sebastian.
- No, ma pan rację - półgłosem skapitulował „Naczelnik”.
„Kosynierzy” poszli w ślady przywódcy spuszczając głowy w poczuciu klęski. Któryś z przejęcia pierdnął, wywołując gromki śmiech „Stańczyka”. Wszyscy pozostali milczeli, a on śmiał się. „Kosynierów”, jako - w swoim mniemaniu - tępych kmiotów nienawidził i ich tak, a nie inaczej spointowana klęska wprawiła go w doskonały nastrój. Rechotał, gdakał, kwakał, łzy ciekły mu po twarzy. Z trudem utrzymywał równowagę.
Sebastian nie wytrzymał. Ryknął nieswoim głosem:
- Zamknąć się! Zamknąć się do ciężkiej cholery! I to już!

„Stańczyk” przeszedł w fazę kwilenia i ocierania łez. Sebastian skoczył ku niemu z zaciśniętymi pięściami. „Kosynierzy” zadowoleni, że ich sprawa zeszła z wokandy poczęli się poszturchiwać i mrugać do siebie porozumiewawczo.
- Pan się śmieje?! Teraz?! - rozdarł się na całe gardło kustosz. - Teraz?! Na przerwie?! A czemu nie w pracy, co?! Siedzi pan na tym fotelu i tylko dzieci pan straszy! Żadnego uśmiechu, żadnej radości, a tyle razy się pana do tego obliguje!
„Stańczyk” zaoponował:
- A niby z czego ja się mam cieszyć i za takie pieniądze? Zresztą, panie kustoszu, gram prawidłowo. W zgodzie z Matejką. - „Stańczyk”, w „cywilu” bezrobotny absolwent krakowskiej historii sztuki, był pewien swego. - Z oblicza matejkowego błazna emanuje refleksja, zaduma, żeby nie powiedzieć - boleść spowodowana złym prowadzeniem się Rzeczypospolitej…
- Jak pan śmie?! Złym prowadzeniem? Ojczyzna to nie dziwka, proszę pana! Matejko? Nie będziemy od półczecha uczyć się własnej historii. Poza tym on ten obraz namalował pod zaborami. Nie wiedział, co się w Polsce będzie działo za dwieście lat z hakiem! Gdyby wiedział, namalowałby błazna uśmiechniętego. To oczywistość!
- Brednie! - warknął obrażony „Stańczyk”. Rozpychając się łokciami, podzwaniając dzwoneczkami roztrącił tłum „kosynierów” dotarł do wyjścia i z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi.

- Boże drogi, z kim ja muszę pracować? Pretensje… Roszczenia! Tylko brać, brać i brać! I nic od siebie, i zero szacunku dla historii…
- Właśnie! - wpadł kustoszowi w słowo Wiesławiak. - Jak ten „Sybirak”.
- „Sybirak”? – zdumiał się Sebastian.
Wiesławiak zdębiał.
- No jak to? To przecież pański był pomysł, żeby „Sybirak” luzem chodził po muzeum z „białym niedźwiedziem” i żeby sobie ludzie z nimi zdjęcia robili.
- Tak. Przecież wiem, ale o co konkretnie chodzi?
- O to, że oni się kłócą. Znaczy „Sybirak” z „niedźwiedziem”. Tak się żrą, że ludzi płoszą. Od miesiąca nikt się z nimi nie pstryknął.
- Nie wytrzymam - jęknął Sebastian.
- Niby „Sybirak” jest złośliwy. Niby, jak miało być, czyta „niedźwiedziowi” z Mickiewicza, z „Pana Tadeusza” konkretnie. Ale złośliwie. Złośliwie czyta.
- Rany boskie, jak można złośliwie czytać „Pana Tadeusza”?
- Bo on wciąż czyta tę samą księgę. Tę o polowaniu na niedźwiedzia! - wyjaśnił Wiesławiak.
Tego kustoszowi było już za wiele. Chwycił się za głowę i wybiegł ze stołówki, wywracając po drodze wieszak z insurekcyjnymi kosami. Upadły z łoskotem.

Było mu niedobrze, złość dławiła za gardło, łzy wściekłości płynęły po policzkach. Biegł zataczając się i potykając. Chciał uciec. Uciec od niegodnych stąpania po nawach świątyni tradycji tępaków i profanów, uciec od przyziemnego egoizmu i głupoty podwładnych, od ohydy codzienności.

Daleko nie uciekł. Wpadł na ogromny globus, boleśnie się przy tym uderzając w brzuch. To przywróciło mu przytomność. Półtrzeźwym już wzrokiem zmierzył zakłopotanego bruneta o długich włosach ułożonych w pukle, odzianego w powłóczystą czarną szatę haftowaną w złote gwiazdy, komety i księżyce.

Ilekroć Sebastian dyszał żądzą mordu, wyładowywał się na „Koperniku”. Tak było i tym razem: nieszczęsny „astronom” dowiedział się po raz enty, iż jedyne, co go łączy z Marcelem Marceau, to parzysta liczba kończyn dolnych i górnych oraz że break-dance dawno wyszedł z mody, że…
- Pojdę na skargę do związków - po raz pierwszy w swej karierze zbuntował się „Kopernik”. - Pan nie może mnie mopingować.
- Mobbingować! - krzyknął Sebastian. Dotarło do niego, że ten szeregowy pracownik, dotąd spolegliwy do obrzydzenia i potulnie przyjmujący wszelkie połajanki, właśnie staje okoniem. A poza tym podwieszony jest pod kogoś ważnego w stolicy. Obawa przed protektorem „astronoma”, a jeszcze bardziej zaskakujący atak asertywności „Kopernika” przelały czarę goryczy. Z Sebastiana zeszło powietrze, odechciało mu się wszystkiego. Gwałtownie zapragnął odpoczynku, spokoju, oddechu. Zawsze w takich chwilach kierował się w to samo miejsce. Jeszcze nie był w pełni gotów do rejterady, gdy nagle kątem oka dostrzegł nadciągającego „Kochanowskiego”. „Poeta” wymachiwał delią, z oddali wrzeszcząc coś o „obsrańcach” i BHP. Podziałało to na kustosza jak ostroga: zerwał się do galopu! Będąc o kilkanaście lat młodszy od zaatakowanego przez gołębie „wieszcza”, Sebastian bez trudu umknął mu krokiem długodystansowca.

Zwolnił dopiero przy biurowym baraku i wydyszał w uchylone okienko:
- Gdyby mnie ktoś szukał, nie z personelu ktoś, to będę na „Kremlu”!
Uskoczył za barak. Chwilę łapał oddech, po czym ostrożnie wychylił się zza węgła i ku wielkiej uldze nie dostrzegł „Kochanowskiego”. Normalnym już krokiem ruszył przed siebie, wkraczając do sektora „Żywią i Bronią”.

Dzięki uprzejmości Agencji Mienia Wojskowego urządzenie go kosztowało tyle, co nic. Inwentarz trwały stanowiły wojskowe kuchnie polowe z demobilu, tejże proweniencji wozy łączności z ogromnymi antenami, trzy magnetowidy i tyleż telewizorów. Pośród zwiedzających kręciły się uśmiechnięte (na umowę o dzieło) dzieci w czeskich strojach ludowych oraz „żołnierze” w mundurach LWP z końca lat sześćdziesiątych. Wszystkim chętnym nakładali do menażek z epoki apetycznie parujące knedliki w sosie pieczarkowym. Poczęstowani zajadali się ceskim jidlem siedząc w kucki w „okopach”, oglądając na ekranach montaż kreskówek produkcji obu bratnich narodów. Wynikało z niego jasno, że najlepszymi kumplami Bolka i Lolka byli i są Rumcajs oraz Krecik. Szczególnie od lata 1968.

Sebastian bywał tu bardzo często, ale dopiero dziś przemknęła mu przez głowę myśl: - A może tak pójść za ciosem i dodać tu instalację zaolziańską, upamiętniającą wydarzenia o trzydzieści lat wcześniejsze? Pomysł uznał za doskonały, ale zbyt był zdenerwowany zajściem w stołówce, by właśnie teraz się nim zajmować. Szybkim krokiem dotarł do następnej strefy.

Tu również w głównych rolach występowali wojacy i dzieci, z tą jednak różnicą, że żołnierze mieli na sobie plamiaste mundury polowe, kevlarowe kamizelki i hełmy, a nieletnia część personelu powłóczyste szaty i turbany. Dzieciaki, które podczas przyuczenia do „zawodu” przyswoiły sobie garść słów pusztuńskich i arabskich, głośno dziękowały żołnierzom za słodycze. Zwiedzający jakoś nie garnęli się do poczęstunku. Sebastiana zawsze fakt ten dziwił i smucił. Dziś nie było inaczej, poczuł się więc w obowiązku dać dobry przykład: skinął na jednego z wojaków, ten podszedł szybkim krokiem. Zasalutował, z ładownicy wyciągnął garść krówek i poczęstował nimi kustosza.
- Szukran! - podziękował po arabsku poczęstowany, odwinął cukierek z papierka i wsadził go sobie do ust, uśmiechając się z błogością.
- Smaczne! - rzucił bardziej w kierunku zwiedzających niż wojaka. - Bardzo panu szukran!
- No! - żołnierz uśmiechnął się tak szczerze i ujmująco, że widać to było nawet spod kominiarki szczelnie osłaniającej mu twarz. Albo tak się przynajmniej Sebastianowi wydawało. Rozpromieniony minął posterunek wartowniczy starając się nie zahaczyć garniturem o kozły spowite drutem kolczastym. „Kreml” był tuż, tuż.

*

Wobec braku środków na moskiewski zamek w skali 1:1, zdecydowano dać odpór putinowszczyźnie miniaturą Kremla, umieszczając w jej murach biura dyrekcji muzeum. Ojca projektu nie znał nikt, a przynajmniej nikt się do tego nie przyznawał. Dla Sebastiana kwestia ta nie miała najmniejszego znaczenia. Roztrząsanie jej uważał za karygodnie przyziemne.

Prace przy „Kremlu”, mimo że zawsze kłębił się przy nim tłumek zwiedzających trwały bez przerwy. Wewnątrz wykańczano pomieszczenia biurowe, od zewnątrz ocieplano budowlę styropianem. Na przystawionych do „kremlowskich” murów rusztowaniach krzątali się robotnicy w strojach Lisowczyków i dragonów Strusia. Z ekwilibrystyczną zręcznością żonglowali białymi brytami, pewnymi cięciami batorówek przykrawając je w miarę potrzeby. Z każdą minutą coraz mniej muru było widać spod ocieplenia. Co wieczór, bez względu na dzień tygodnia i porę roku, z wybiciem godziny 19.00 (zamykano wtedy muzeum), ocieplony był już cały „zamek”. Nocami, pod nieobecność zwiedzających, druga zmiana odklejała styropian od „kremlowskich murów”, by o poranku ich zmiennicy mogli rozpocząć pracę od nowa - nie chodziło przecież o podniesienie komfortu biurowca muzealnej dyrekcji. W zamyśle i realizacji „ocieplanie” stanowiło alegorię polskiej obecności na Wschodzie.

- „Rzezie i wyzysk były tylko marginesem, swego rodzaju wypadkiem przy wytężonej pracy” - tłumaczył kustosz na posiedzeniu rady nadzorczej. – „Istotą i treścią zasadniczą naszej TAM obecności, byłą przecież realizowana w pocie czoła misja. Kulturalna, historyczna, cywilizacyjna”. Przyznano mu rację i zdecydowano o wydawaniu publicznych pieniędzy tylko i wyłącznie na projekty wzmacniające poczucie tożsamości i dumy narodowej, a nie osłabiające je. Oczywiście znaleźli się malkontenci twierdzący, że zamiast pieścić tylko „dobre”, lepiej zaprezentować prawdę, wszystkie za i przeciw, by zwiedzający mógł sam rozstrzygnąć, czy bliżej mu do wspólnoty dumy, albo jednak wstydu. Żeby mógł zdecydować sam o swojej tożsamości, nim mu ją organa państwowe zbudują. Prędko jednak, jak nożem, ucięło dyskusję kilka przecieków z esbeckich teczek. Koniec, końców - „Kreml” stanął w samym środku muzeum. Dokładnie tam, gdzie kończyły się ścieżki edukacyjne. I dla początkujących, i dla zaawansowanych.

*

Sebastian dotarł do upragnionego kresu swej wędrówki. Okazała budowla górowała nad otoczeniem. Czerwień cegły, złoto dachów, potęga baszt, czerń żelaznych wrót. Kustosz wyjął z kieszeni ogromną kraciastą chustkę do nosa i rozpostarł ją na trawie. Przycupnął. Po dłuższej chwili usiadł swobodniej, nieco już zdążył się odprężyć. Tutaj zawsze przychodziło mu to bez trudu. Nie niepokojony przez nikogo, upajał się historią i zapominał o dolegliwej codzienności. Nic dziwnego, że gnał tu ilekroć tylko miał wolną chwilę. Ba! Częstokroć widywano go tutaj również i wtedy, kiedy powinien być bardzo zajęty w biurze.

*

Nawet przypiekany żywym ogniem nikomu Sebastian nie zdradziłby swej najskrytszej tajemnicy: „Kreml” zastępował mu seks, jako że konwencjonalnie pojmowana frykcyjna sfera ludzkiej aktywności była mu absolutnie obca!

Małżeństwa (szczęśliwie dla obu ewentualnie zainteresowanych stron) uniknął, do kobiet nie ciągnęło go nigdy, homoseksualistą jednak, broń Boże, nie był. Kochanek, w sensie tradycyjnym, nie miewał. Erotycznie realizował się kochając historię. Od dziesięcioleci spółkował z nią tyleż notorycznie co namiętnie, aczkolwiek nieomal platonicznie. A kochał ją nie tylko z przyczyn merytorycznych, ale też i za to, że nie szpeciły jej typowe kobiece wady. Była mądra, nie pyskowała, nie przypalała zupy zapatrzona w byle mydlaną operę, nigdy - był o tym przeświadczony - nie puściłaby się z pierwszym z brzegu chłystkiem dzwoniącym kluczykami od mercedesa. Na dodatek w miarę upływu lat stawała się coraz piękniejsza.

Kochał się w niej i bez pamięci, i z pamięcią właśnie. Pamięcią chwały minionej. W chwilach gdy bywał z nią sam na sam, jak właśnie pod „Kremlem”, doznawał wręcz fizycznej przyjemności, stopniowo przechodzącej w ekstazę. Zapominał wtedy o wszystkim co błahe i bieżące. Przypominał sobie natomiast, że podobnie jak inni mężczyźni posiada ciała jamiste.

*

Dłonie zacisnął na podkurczonych kolanach, głowę odrzucił w tył, oczy przymknął, ledwo słyszalnym szeptem zaklinał ocieplających „Kreml” robotników, by gęby trzymali na kłódkę. Nie pomogło. Któremuś kielnia wypadła z dłoni i obijając się o rusztowanie upadła na bruk.
- Kudy letysz?! Blat’ zairzawiła! - wrzasnął murarz.
Sebastian drgnął, zwiotczał cały i schował twarz w dłoniach:
- I znowu! Rok już tak...
W założeniach robotnicy każdym słowem rzuconym z rusztowania świadczyć mieli o polskiej misji cywilizacyjnej na wschodzie Europy. Owo świadectwo dawać mieli oczywiście w mowie Mickiewicza, a nie Tarasa Szewczenki! Gdy jednak UE otwarła dla rodaków Sebastiana swe granice, rodzimi fachowcy czym prędzej czmychnęli za chlebem, zmuszając dyrekcję muzeum do sięgnięcia po posiłki ze wschodu. I przez to właśnie u kustosza Sebastiana nie mogło dojść do patriotycznej erekcji ad maiorem patriae historiae gloriam - kończyło się na plateau.
I właśnie za to w dwójnasób Unii nienawidził.

 

 

Wrocław, listopad 2008
 

 

wstecz