| |
Gwiżdżący orgazm poety Zbynia
Jola ciężko dyszała, usiłując dotrzymać mu kroku, kiedy mijali dolną stację
wyciągu na Szrenicę. - Już teraz tak ładnie dyszysz? Ciekawe, jak ci to będzie
wychodziło potem... - rozmarzył się i potknął. Wywracając się, podciął jej nogi,
a ona upadając, natarła piersiami na jego obleczone w sztruksy pośladki. No, no,
no! - z rozkoszą jęknął w duchu. - Coraz bardziej mi się podobasz, kochanie...
*
Miał 37 lat i dwie życiowe pasje, którym oddawał się jednocześnie, aż do utraty
tchu: pisanie o wierszy miłości oraz jej uprawianie. Samo w sobie nie było
specjalnie zaskakujące, że - starając się nie spłodzić przy tym dziecka -
orgazmodawał i orgazmobrał, pomiędzy spłodzeniem jednej strofy, a drugiej. Nie
on pierwszy i nie ostatni. Od innych poetów różniło go to, że łona swych
partnerek eksplorował tylko i wyłącznie w górach, tylko i wyłącznie na łonie
natury. Zawsze pod gołym niebem, nigdy na trzeszczącym schroniskowym łóżku,
które nie posiadało dla niego żadnych walorów ni romantycznych, ni
afrodyzjalnych. Poeta Zbynio seksował rzadko, ledwie kilkanaście razy w roku, a
to ze względu na warunki pogodowe powodujące, iż w górach okres plenerowego
seksobrania był nader krótki. Mimo iż był wzorowym antykomunistą, uważał, że
ilość, choć skromna, przechodzi jakość.
A wszystko zaczęło się przypadkiem. Miał siedem lat, gdy rodzice zabrali go w
Tatry. O kozicach wiele wiedział z książek dla dzieci. Okazało się jednak, iż
była to wiedza niekompletna.
- A czemu ta dużakozica tak się huśta na tej mniejszej? - zapytał ojca Zbynio,
przyszły poeta.
- To jest, synku, wielka tajemnica natury - rzekł tatuś z namaszczeniem,
rozmarzonym głosem.
- Huśtanie?
- To nie jest huśtanie. To pan kozica bardzo kocha panią kozicę - wyjaśnienie
ojca spadło na Zbynia jak grom z zachmurzonego nieba nad Giewontem.
Przez wiele następnych lat chłopak marzył, że kiedyś i on kogoś kiedy będzie
bardzokochał. W podstawówce ograniczył się do podglądania koleżanek w szkolnej
toalecie, na początku ogólniaka napisał pierwszy wiersz o miłości. Do czynnej
realizacji seksualnych marzeń przystąpił w klasie następnej. Nie chciał już
dłużej bardzokochać koleżanek tylko w metaforach i poetyckich hiperbolach. I
tak, podczas jednej z dużych przerw, na szkolnym strychu doszło do inicjacji.
Nie zasmakował jednak. Orgazm, orgazmem, wysokość, wysokością, ale zdecydowanie
brakowało mu świeżego, górskiego powietrza.
Wciąż miał przed oczyma duszy kozice, które w międzyczasie zapewne zdechły w
nieświadomości, że uczyniły Zbynia poetą, a także wysokogórskim kochankiem.
Niestety, złośliwi krytycy i tępi czytelnicy, nie wspominając już o nastawionych
jedynie na zysk wydawcach, spowodowali, iż niewiele tomików wydawał, a jeśli
już, to w minimalnych nakładach. Tantiemy były zatem tak niskie, że nie
pozwalały artyście na sekskursje w ukochane Tatry. Postawił na Góry
Świętokrzyskie, a decyzję podjął po wyczytaniu u Hemingwaya informacji, iż
porządny kobiecy orgazm jest porównywalny z trzęsieniem ziemi. Nie miał jeszcze
zaufania do siebie jako orgazmodawcy, a o gołoborzach wiedział z geografii, iż
często się obsuwają.
Poderwał koleżankę na tyle puszystą, by nie narzekała na wbijające się jej w
plecy i pośladki kamienie - i pojechali. Niezbyt się udało. Gołoborze, owszem,
poruszyło się, ale i nie tak, jak zaplanował, i nie w tym, co trzeba momencie.
Będąc w owej chwili poetą całkiem nagim - doznał bolesnej kontuzji. Jeszcze
wiele dni później kwilił z bólu, bohatersko oddając mocz.
To przeważyło, zdecydował się na Karkonosze - góry ani za niskie, ani za wysokie
dla jego potrzeb. Miały tę dodatkową zaletę, że nieodległe były od Wrocławia, w
sam raz nadając się na miejsce seksualnych potyczek. I tak rozpoczęła się epoka
szczytowania u stóp szczytów górskich, lecz nie z góralkami. Stosunków płciowych
z nimi nie miewał od momentu, kiedy na
otrzęsinach pewien docent wybił mu to z głowy. Naukowiec podając się za filozofa
i historyka ruchu robotniczego, utrzymywał, czkając z przepicia, iż syfilisem
Lenin zaraził się nie w Zurichu, lecz w Poroninie.
Wstał i pomógł Joli się podnieść. Korzystając z okazji poklepał ją po obfitym
zadku opiętym tyrolskimi portkami. Wszystkie kochanki zmuszał do takich właśnie
przebieranek. Importowane z południowych Niemiec krótkie, sznurowane gatki na
szelkach stanowiły wielce go podniecający substytut erotycznej skórzanej
bielizny. Poza tym z wykształcenia był germanistą.
*
Masaż tyrolskich pośladków tak bardzo Jolę ucieszył, że uśmiechnęła się i
ukradkiem rozejrzała się wokół. Nie spostrzegając nikogo, zachichotała i
położyła swą dłoń na „klejnotach” poety Zbynia.
- Za nisko. Przestań - skrzywił się.
- Co? Za nisko? Co ty, Zbyniu? To gdzie ty masz tę fujarkę? Pod obojczykiem?
- Nie w tym rzecz - pośpieszył z wyjaśnieniem. - Poniżej 1200 m n.p.m. nie
miewam erekcji.
Wzruszyła ramionami.
*
Poeta Zbynio partnerki dobierał rozważnie, pieczołowicie selekcjonując
kandydatki na orgazmodawczynie. Musiały mieć minimum 25 lat, a maksimum 30.
Bardzokochanie młodszych groziło schroniskowymi potańcówkami, starszym nie
chciało się wspinać na Szrenicę, czy wdrapywać na Śnieżkę. Nie było ważne, czy
blondynka, czy ruda. Nie było istotne, czy chuda jak patyk, czy kolubrynowata.
Nawet negatywny stosunek do stosunków en francais nie dyskwalifikował żadnej.
Liczyło się tylko to, czy jest skłonna oddać mu się w kosodrzewinie i pozwolić
smakować jej omszałe piersi. I nie chodziło o to, że pożądał biustów twardych
jak górskie głazy ani zarośniętych. Po prostu - wzorem kochanków obsypujących
piersi kobiet fiołkami, poeta Zbynio pokrywał biusty swoich towarzyszek uniesień
seksualnych garściami mchu wyrywanego w ekstazie z ziemi. Szepcząc czułe słówka,
prószył, usiłując trafiać w sutki, prężące się jak po komendzie „habacht!”..
Żyjąc od jednego górskiego orgazmu do drugiego, skończył germanistykę. Pracy
nawet nie próbował szukać - zadowalając się jałmużnopodobnymi honorariami. W
weekendy bardzokochał czynnie, a zmagającym się z libido poetą był od
poniedziałku do sobotniego ranka każdego tygodnia.
Jego poezja z dwóch pierwszych dni po niedzieli była subtelna, zawierała w
pierwiastki lirycznej i filozoficznej zadumy nad ludzką egzystencją, nad istotą
czystej miłości. We wtorki rymował już naturalistycznie, lecz jeszcze był w
stanie pisać o duszy, a nie ruchach frykcyjnych. Co środę wieczór stawał się
autorem mocno już frywolnych fraszek bez żadnego głębszego przesłania. W
czwartki zapisywał kartki notesu sprośnymi limerykami, a piątkowe ranki
zastawały go na płodzeniu quasi-pornograficznych sonetów.
Nocami z piątków na soboty w poetę Zbynia wstępowało seksualne wściekłe zwierzę.
Już nie atramentem, lecz strumieniami hormonów chlustał na papier, tworząc
poetyckie hard-porno, gdzie wyuzdane podmioty liryczne ociekając potem, jęczały
w orgazmach i prześcigały się w kuriozalnych perwersjach. Nad ranem przepisywał
wszystko na komputerze i „print” wciskał z takim wyrazem twarzy, jakby to był
sterczący damski sutek. Nawet nie poprawiał literówek, tylko pośpiesznie
zaklejał koperty, liżąc je z lubieżnym uśmiechem na bladych policzkach i -
wybiegał z domu. Lawiny obscenicznych strof, które wrzucał do skrzynki na rogu,
drukowano mu w podrzędnych „świerszczykach”.
Pozbywszy się koperty zamawiał taksówkę i gnał na dworzec PKP, gdzie czekała go
kochanka. Za każdym razem inna. Łachocząc się słownymi dwuznacznikami o
seksualnym kontekście - udawali się do Karpacza albo Szklarskiej Poręby.
*
Opustoszałą latem nartostradą „Puchatek” doszli do pośredniej stacji wyciągu, a
potem „Śnieżynką” prawie na sam szczyt Szrenicy. Osiągnięte w ten sposób
przewyższenie poziomu morza (1291 m n.p.m) sprawiło, iż poeta Zbynio, zamiast
wspominać podboje poprzednie, coraz większą uwagę zaczął zwracać na Jolę, która
pociła się obficie, wlokąc się o kilka kroków za nim.
Zarządził krótki postój. Ciężko plasnęła na podpróchniały pieniek, tak łapczywie
łykając powietrze, że falowanie jej biustu przypomniało poecie Zbyniowi Bałtyk
podczas sztormu. Zlustrował Jolę okiem fachowca. Jego uwadze nie umknęły szeroko
rozrzucone kończyny dolne, a przede wszystkim drżące ze zmęczenia kolana.
Uśmiechnął się.
- Idziemy - nie pozwolił jej odpocząć i poszli.
*
Mimo że opętany przez duumwirat Ducha Gór i demona seksu, poeta Zbynio nie był
człowiekiem niezdolnym do pogłębionej refleksji nad własnym jestestwem. W
chwilach zadumy zastanawiał się, czy aby nierozerwalny związek jego życia
płciowego z górskimi plenerami nie jest czymś nienormalnym. Kiedy zaś pewna
koleżanka wyzwała go od „zboczonych muflonów” - wyruszył na wędrówkę po
gabinetach specjalistów.
Jak to artysta - nie był łatwym pacjentem. Seksuologów zmieniał tak często jak
przysłowiowy królik prezerwatywy. Pierwszemu lekarzowi przyrżnął w szczękę,
kiedy ten bezczelnie napomknął o ewentualnej zoofilii, sugerując, iż poeta
Zbynio seksując z koleżankami, marzy o osierścionych udach kozic. Biurko
następnego psyciatry stało się pogruchotanym świadectwem tego, że pacjent nie
zgadza się na wpieranie mu kompleksu Edypa, a tym bardziej Jokasty.
Trzeci i ostatni odwiedzony seksuolog, słysząc, iż badany uwielbia ukłucia
kosodrzewiny w pośladki „podczas” - zasugerował flagellację. Wykazał przy tym
nie lada refleks, gdyż powstrzymał rękę poety uzbrojoną w kryształową
popielnicę. Lekarz zauważył bowiem pośpiesznie, że wielu genialnych poetów miało
flagellacyjne skłonności. Rzucił garść wielkich nazwisk. Uratował w ten sposób
swe życie oraz wyposażenie gabinetu. Lekarz utracił jednak dochody, gdyż
diagnoza spowodowała, iż poeta Zbynio doszedł do wniosku,, że nic mu nie jest i
znów wyruszył na podbój gór i - nie nazywając rzeczy po imieniu - serc kochanek.
*
Już nie wspinali się, lecz schodzili krętą leśną ścieżynką. Żująca gumę Jola nie
zdawała sobie sprawy, że poeta Zbynio rozpoczął już grę wstępną. Na razie, tylko
w stosunku do siebie samego. Szedł teraz obok Joli, dłonie chowając w
kieszeniach sztruksów, a wzrokiem łakomie manipulując przy jej podrygujących
piersiach. Ledwie dwadzieścia metrów takiego marszu starczyło, by mógł chrząknąć
z zadowoleniem. Już był gotów!
Weszli do kotlinki, gdzie echo było wręcz wspaniałe i właśnie z tego powodu
poeta Zbynio ją sobie upodobał. Nie potrafiąc doprowadzać do wielokrotnego
orgazmu - odwoływał się do pomocy echa, które, zwielokrotniając finalne okrzyki
rozkoszy partnerek, dawało mu poczucie bycia macho, choć były to marne
Karkonosze, a nie Sierra Nevada.
*
W skalistych plenerach tylko przez niewielką część roku panowała odpowiednia dla
bardzokochania pogoda. Zimą, jesienią i wczesną wiosną poeta Zbynio żył więc w
przymusowym celibacie. Wtedy pisał najwięcej i najbardziej drapieżnie, często
wręcz brutalnie. Latem natomiast koncentrował się na wprowadzaniu rymów w czyn.
Mógł to robić jednak tylko w weekendy - w tygodniu większość partnerek
pracowała. Kiedy prognoza na sobotę i niedzielę nie była pomyślna, zostawał w
domu albo wyskakiwał na zbocza pobliskiej Ślęży, którą zresztą widywał z
domowego balkonu. W dni, kiedy widoczność była szczególnie dobra, każde
zerknięcie wywoływało u poety Zbynia erekcję - unikał więc balkonu i czym
prędzej zasłaniał okna, by nie wpaść w zgubne szpony onanizmu.
*
Joli tak się spodobała kotlinka, że na moment zwolniła tempo żucia. Poeta Zbynio
chrząknął znacząco i gorączkowo zrzucając ubrania, zanurzyli się oboje w
kosodrzewinowy gąszcz. Jola była już zupełnie naga, kiedy on nadal zaciekle
walczył z zamkiem od spodni. Przyglądała się temu ze spokojem. Wreszcie rozpiął,
zdjął i klęknął. Ich spojrzenia się spotkały. Obecności romantycznej mgiełki w
jej oczach nie zauważył...
- Guma! - syknął.
Sięgnęła do plecaczka i podała mu prezerwatywę.
- Nie ta! Wypluj!
- Aaaa... Było mówić od razu... - wypluła.
Sięgnął do chlebaka po kanapkę, rozpakował i rozerwał ją na dwie części.
Poczęstował Jolę i żarłocznie się w nią wpatrując, zaczął pochłaniać bułkę z
oscypkiem, który działał na niego jak viagra. W myślach wgryzał się w uszy, w
szyję Joli... Ona sama raczej nie miała podobnych asocjacji. Mamlała swoją
porcję równie beznamiętnie, jak rozglądała się po kotlince.
- Tutaj! - wychrypiał gardłowo, rozwijając karimatę.
Położyła się posłusznie, a on zaatakował jej strefy erogenne z zapałem równym
temu, z jakim wczoraj popełniał sonet. Uważając się za wirtuoza gry wstępnej,
zerwał prędko garść borówek, nie zapomniał o goryczce trojeściowej. Rozdusił
kuleczki w dłoniach, mieszając je z płatkami i rozsmarował na biuście zdumionej
tym Joli. Uniosła głowę:
- Ty, co jest?
- Cicho, dopiero zaczynam.
I zaczął. Jagodowy miąższ zlizywał z niej z takim smakiem, jakby delektował się
poezją z najwyższej półki. Jedno i drugie uwielbiał w równym stopniu. Trudno
powiedzieć, czy Jola podzielała te upodobania.
Było lato, lodówka została we Wrocławiu, lecz poradził sobie, mocząc chustkę do
nosa w źródełku. Ściskając ją w garści, skropił okolice pępka Joli lodowatą
wodą, a ona, nieco skonsternowana, nie mogła się doczekać, kiedy przejdzie
wreszcie do konkretów. Przeszedł do nich po jakimś kwadransie. Jego palce, przez
cały ubiegły tydzień wirujące po klawiaturze, rozbiegły się po jej ciele. Tu i
tam przystawały na moment, co sprawiało, że Jola była coraz bardziej zadowolona
z wycieczki, a poeta Zbynio, posypując jej biust mchem, szykował się do
bardzokochania.
- Teraz! Już!!! - zabrzmiało z jej ust niczym róg bojowy Wikingów.
Na to hasło - parafrazując znanego liryka - wąż poety wpełzł do skarbu Joli.
Biorąc pod uwagę stopień seksualnego rozgorączkowania obojga - raczej został tam
gwałtownie wpełznięty. Jak zwał, tak zwał, jedno było pewne - należało teraz
przystąpić do wykonywania ruchów posuwisto-zwrotnych. I poeta Zbynio przystąpił.
- Vorwärst - zurück! Vorwärst - zurück! - jako germanista i germanofil w jednej
osobie wydawał sobie komendy, ale w duchu tylko, gdyż był dżentelmenem, a duszę
miał romantyka.
Było mu wspaniale, choć brakowało subtelnego brzęku tatrzańskich owczych
dzwonków. Jedynymi dźwiękami jakie im towarzyszyły, było bzykanie nie
hiszpańskich much, lecz karkonoskich trzmieli, które w odróżnieniu od Zbynia
robiły to n a d kosodrzewiną.
Igiełki krzewów kłuły poetę w pośladki, pobudzając krążenie ku aplauzowi ciał
jamistych, a podmuchy halnego skutecznie studziły genitalia artysty. Jeszcze
chwila! Już prawie!
Bardzokochał coraz szybciej, pod nosem pogwizdując „Krzesanego”. Jeszcze kilka
sekund! Charakterystyczne świerzbienie w lędźwiach uświadomiło mu, że choć jest
na samym dnie kotlinki, to szczyt już niedaleko. Zaraz... Juuu...
Ostry, przenikliwy gwizd wstrząsnął poetą. Zbynio zamarł.
- A jednak, cholera! - zaklął pod nosem - Znowu!
O żadnym vorwärst - zurück nie było już mowy, a przecież cały tydzień żył
nadzieją na erotyczne uniesienia! Teraz pozostało mu już tylko... unieść głowę.
Uczynił tak i ujrzał to, czego się spodziewał i obawiał. Ubiegłej niedzieli było
tak samo: w kępie kosodrzewiny, w której prawie-prawie orgazmodoszedł, aż roiło
się od cynicznie poruszających bezczelnymi pyszczkami świstaków! Stadko otaczało
poetę Zbynia i Jolę ciasnym kręgiem. Zwierzęta stawały słupka, świstały, robiły
wrażenie zataczających się ze śmiechu.
Patrzył na nie z rozpaczliwym obrzydzeniem, mając nadzieję, że to fatamorgana.
Jednak Karkonosze, to nie Sahara i świstaki ani myślały zniknąć, w odróżnieniu
od erekcji poety. Jola, o ile wcześniej ekstatycznie wbijała paznokcie w kark i
plecy Zbynia, tak teraz, sardonicznie się uśmiechając, głaskała puszyste
świstaczątko bawiące się sreberkiem po prezerwatywie.
Oczy poety Zbynia zalśniły łzami. Już wiedział, że ani nie orgazmoda, ani nie
orgazmoweźmie. Nie wiedział natomiast, co go denerwuje bardziej: czy to, że
świstaki natrząsają się z niego, czy też fakt, iż w ogóle nie powinno ich tu
być.
- Przecież te bydlaki żyją tylko w Tatrach, a to Karkonosze, do jasnej cholery!
- jęknął głucho i rozpłakał się.
Wrocław, 10
czerwca 2004

|
|