| |
Naprawdę
blisko Enigmy
z
Markiem Grajkiem,
autorem książki „Enigma. Bliżej prawdy” dla miesięcznika Pinezka.pl oraz
portalu Fabrica Librorum rozmawia Jarosław Kolasiński. Wywiad ukazał się
również na łamach bydgoskiego "Akantu", polonijnych periodyków w USA
("Przeglądu Polskiego" i "Gwiazdy Polarnej") oraz m. in. na
portalu "Konflikty Zbrojne".

Marek Grajek (fot. R. Cichowlas)
„Złamanie szyfru Enigmy
skróciło drugą wojnę światową o kilka lat” - stwierdził Andrew J. Clark,
prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Badań Kryptologicznych (IACR),
przemawiając 10 listopada 2007r. podczas uroczystości odsłonięcia
poznańskiego pomnika Rejewskiego, Zygalskiego i Różyckiego - polskich
kryptologów, którzy złamali szyfr niemieckiej Enigmy. Ile jest prawdy w tej
diagnozie?
MG:
Alianccy historycy oceniają, że polski wynalazek skrócił wojnę o 2-3 lata.
Spór o liczbę lat byłby akademicki w złym znaczeniu tego słowa i polegał na
czystych spekulacjach. Wątpię, czy okazałby się on interesujący dla ludzi,
których życie uratował sukces Polaków.
Będąc jednym z pomysłodawców uwiecznienia w spiżu sukcesu polskiego
wywiadu z pewnością wie pan, czy gdziekolwiek indziej na świecie nasi
naukowcy doczekali się pomnika?
MG:
Pomnika całej trójki nie było dotąd nigdzie, ufundowano natomiast szereg
tablic ku ich pamięci. Pierwsza pojawiła się w 1983 r. w hallu rektoratu
uczelni, na której się kształcili: poznańskiego uniwersytetu. Później, w
2005 r. odsłonięto w Bydgoszczy interesujący pomnik Mariana Rejewskiego,
który urodził się w tym mieście. Pojawiły się też w 2002 roku poświęcone
całej trójce tablice identycznej formy i treści na ścianie ambasady polskiej
w Londynie, na Placu Piłsudskiego w Warszawie oraz w ośrodku w Bletchley
Park.
Wmurowanie tablicy w Bletchley to polska inicjatywa czy brytyjska?
MG:
Fundusze zebrało Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii, które skorzystało
z istniejącego projektu tablicy. Muszę jednak podkreślić, że kryptologów
uczczono w Bletchley przy znaczącej pomocy i życzliwym wsparciu zarządu
ośrodka, w którym pracował wówczas wielki przyjaciel Polski, a zarazem
człowiek, który odegrał ogromną rolę w gromadzeniu archiwaliów
dokumentujących wkład Polaków w złamanie szyfrów Enigmy - John Gallehawk.
Reasumując: do 10 listopada tego roku cała trójka pomnika nie miała nigdzie
w świecie. Poznański jest pierwszy i dotąd jedyny.

Poznański
pomnik polskich kryptologów (fot. R. Cichowlas)
„Enigma. Bliżej
prawdy". Pańska książka dzieło polskich kryptologów nie tylko upamiętnia,
lecz szczegółowo je przedstawia i precyzyjnie objaśnia. Niezbyt wobec tego
rozumiem drugi człon tytułu. Dlaczego nie „cała prawda”, lecz tylko „bliżej
niej"?
MG:
Książka jest w pewnej mierze dzieckiem desperacji. Kiedy wobec braku
zrozumienia i wsparcia wydało nam się przez moment, że nie będziemy w stanie
sfinalizować projektu pomnika, powiedziałem sobie w duchu: „Jeżeli nie
jesteśmy w stanie uczcić zasług tych ludzi w spiżu, zrobię to przynajmniej w
słowie”. Od dawna nosiłem się z zamiarem opisania tej historii, ale właśnie
wtedy zasiadłem do pracy. Tak się złożyło, że obie inicjatywy doczekały się
szczęśliwego finału w odstępie zaledwie dwóch tygodni.
Dlaczego „bliżej prawdy”? W końcu sierpnia tego roku rękopis książki liczył
około 3 milionów znaków. Była to w przybliżeniu cała prawda o Enigmie, jaka
wynika z dzisiejszego stanu wiedzy. Wydawca uznał, że wypuszczenie na
niezbadany rynek dwutomowej pracy - przy tej objętości tekstu musiałyby to
być dwa tomy - jest ryzykiem i poproszono mnie o skrócenie tekstu. Podobno
nie ma takiej książki, której skrócenie o połowę by nie pomogło: „Enigma…”
z pewnością jest teraz lepsza, niż była pierwotnie, ale nie zasługuje na
określenie jej mianem „całej prawdy” o tej historii…
Co poszło „pod nóż”?
MG: Ofiarą skrótów, padło sporo
tzw. smaczków, anegdot, oraz wątków pozornie pobocznych, jednak rysujących
kontekst dla głównej linii wydarzeń.
Bardzo żałuję...
MG:
Mówiąc szczerze - po cichu liczę, że kiedyś pojawi się wydanie drugie,
rozszerzone. Będzie wtedy czas i miejsce, by wyrównać czytelnikom i Panu
choć część strat.
Argument niezbadanego rynku wówczas odpadnie. Jestem pewien, że zdobędzie
pan sobie wielu czytelników.
MG:
Bardzo bym się z tego cieszył, zresztą w mniejszej mierze ze względu na
własne uczucia, niż pamięć bohaterów historii złamania szyfrów Enigmy. A
powracając do niej właśnie - całej prawdy nie znamy z tej prostej przyczyny,
że część materiałów źródłowych pozostaje nadal utajniona w alianckich
archiwach. Dopiero tym roku Brytyjczycy zdecydowali się ujawnić jeden z
fundamentalnych dokumentów, tzw. „History of Hut 6”, czyli
historię baraku szóstego. To kilkaset stron rękopisu spisanego tuż po wojnie
przez uczestników wydarzeń, bardzo obszerne i szczegółowe źródło. Wiemy, że
tego typu niespodzianek w archiwach jest jeszcze sporo. Byłoby więc
arogancją i brakiem poczucia realizmu, gdybym powiedział o swojej książce:
„oto cała prawda”. Całej prawdy jeszcze nie poznaliśmy i nie wiadomo, czy
kiedykolwiek ją poznamy.
Zatem podtytuł jest wyrazem autorskiej lojalności wobec czytelnika?
MG: A także wyrazem uczciwości
wobec bohaterów wydarzeń i siebie samego.
Polacy, Francuzi, Brytyjczycy i Amerykanie. W złamaniu tajemnicy Enigmy
udział wzięli przedstawiciele czterech nacji…
MG:
Pięciu. Nie zapominajmy o Niemcach.
No, tak. Gdyby Enigmy nie skonstruowali, nikt nie złamałby jej tajemnicy.
Niemcy jednak nie byliby przesadnie zadowoleni wymienianiem ich w szeregu
pogromców Enigmy. Chełpić się maszyną szyfrową, którą inni pokonali?
MG:
A jednak postawili przed kryptologami innych krajów wyzwanie, któremu
większość adresatów nie podołała.
Jak ocenia pan wkład kryptologów poszczególnych narodowości w złamanie
szyfrów Enigmy? Czy można w ogóle stwierdzić, kto ma zasługi największe, a
kto najmniejsze? I czy takie wartościowanie ma sens?
MG:
Jak w wielu dziedzinach nauki, tak i w kryptologii, obowiązuje prosta
zasada: liczy się tylko ten, kto pierwszy rozwiązał dany problem.
Przykładając tę miarę do historii Enigmy, możemy bez cienia wahania
stwierdzić, że pierwszeństwo należało do Polaków.
Wszystkie metody zastosowane w czasie wojny przez Brytyjczyków i Amerykanów
bazowały na teorii wcześniej sformułowanej przez trójkę polskich
kryptologów. Bardzo uczciwie ujął to Jack Good, nazywając jedno z twierdzeń
Rejewskiego, będące fundamentem łamania Enigmy, mianem „twierdzenia, które
wygrało II wojnę światową”. Good, który uczestniczył w czasie wojny w
dekryptażu Enigmy, postawił prostą i jasną diagnozę: wkład aliantów był
ilościowy, jednak kapitału założycielskiego dla całego przedsięwzięcia
dostarczyli Polacy. Uczciwość nakazuje dodać, że bez owego ilościowego
wkładu Brytyjczyków i Amerykanów łamanie Enigmy pozostałoby teoretyczną
ciekawostką, pozbawioną praktycznego znaczenia. Na szczęście, wykorzystując
polskie odkrycia, swoje urządzenia i metody skonstruowali Turing i jego
brytyjscy koledzy, a potem nieco nowości dorzucili Amerykanie. Brytyjczycy
stworzyli też fantastyczną organizację do obróbki pozyskanych z dekryptażu
informacji. W książce podaję przykład surowej, rozszyfrowanej depeszy
Enigmy. Czy cokolwiek dla pana z niej wynika?
Szczerze mówiąc, nic.
MG:
Z jej treści nie da się wywnioskować czegokolwiek sensownego. Rozszyfrowane
depesze należało jeszcze „obrobić” wywiadowczo. W brytyjskim ośrodku w
Bletchley Park, jednym z podstawowych narzędzi pracy były tzw. „indeksy”.
Cóż to było? Otóż w momencie pojawienia się w rozszyfrowanej depeszy
jakiegokolwiek nowego pojęcia lub nieznanego dotąd nazwiska zakładano dlań
stosowną fiszkę katalogową i włączano ją do jednego z „indeksów”. Kiedy
potem pojawiało się to samo pojęcie czy nazwisko, na fiszce odnotowywano
kontekst ich wystąpienia. W ten sposób powstawały zbiory danych służące do
przekształcenia surowej i niezrozumiałej treści z dekryptażu na informację
użyteczną wywiadowczo. Chwały złamania Enigmy wystarczy dla wszystkich
krajów alianckich. Splendor spływający na każdą z nacji ma nieco inny
charakter: Polacy to matematyka, Brytyjczycy mogą się chlubić organizacją, a
Amerykanie inżynierią.
A jednak burzliwe spory o zasługi trwały długo, a wywołała je książka
francuskiego generała Bertranda…
MG:
Sprawa jest bardziej złożona. W maju 1945 r. stojące w Bletchley baraki,
które do tej pory tętniły pracą nad dekryptażem Enigmy - zamknięto. Personel
w ciągu kilku dni zwolniono do cywila, zatrzymując jednak na miejscu grupę
szefów komórek, których zadaniem stało się sporządzenie oficjalnych relacji
o pracy podległych im struktur. Tak się niefortunnie złożyło, że wśród nich
nie było nikogo, kto miałby kontakt z Polakami na początku wojny, czy też
przed jej wybuchem. Dilly Knox zmarł w 1943 roku, Turing w tymże roku
przeszedł z Bletchley Park do innych obowiązków, a jedynie oni dwaj naprawdę
znali całość materiałów przekazanych Brytyjczykom przez Polaków. Spisujący
oficjalne relacje kryptolodzy dysponowali strzępami informacji o roli
Rejewskiego, Zygalskiego i Różyckiego, w dodatku pochodzącymi z drugiej lub
trzeciej ręki.
Upada zatem mit o złej woli Brytyjczyków?
MG:
W znacznej mierze o powojennym rozwoju wydarzeń nie zadecydowała zła wola,
lecz nieświadomość rzeczy. Oparte na faktach relacje spoczęły w archiwach.
Minęło prawie trzydzieści lat i w roku 1973 ukazała się książka Bertranda,
którą Brytyjczycy odebrali jako wymierzoną w ich własne zasługi. W 1974r.
odpowiedzieli zatem książką F. W. Winterbothama „The Ultra Secret”.
Był on wprawdzie uczestnikiem opisywanych wydarzeń, ale nie pełnił funkcji
pozwalającej na przeniknięcie ich kryptologicznej strony, gdyż szefował
strukturze zajmującej się dystrybucją pozyskanych z dekryptażu danych do
dowództw polowych. O samym dekryptażu nie wiedział nic, gdyż w Bletchley
Park obowiązywała żelazna zasada: wiesz tyle, ile musisz. Skutkiem tego
napisał koszmarne bzdury o najwcześniejszych atakach na szyfry Enigmy. Nie
inaczej Cave-Brown, który w swej książce „Strażnicy kłamstw” rozwinął wersję
Winterbothama, według której polski wkład w złamanie szyfrów Enigmy miał
wnieść niejaki Ryszard Lewiński, pochodzący z Warszawy Żyd, który poznał
konstrukcję maszyny pracując przy jej produkcji w Berlinie, a wywieziony
przez brytyjski wywiad do Paryża wyrzeźbił model urządzenia w drewnie.
I coś takiego podano jako fakt historyczny?
MG:
Niestety, publiczność potraktowała poważnie dywagacje Cave-Browna, który w
czasie wojny służył w RAF, gdzie zajmował się wywoływaniem zdjęć z kamer
lotniczych. Po wojnie był dziennikarzem BBC, wylanym z pracy za notoryczny
alkoholizm i kobieciarstwo. Oficjalne relacje z wojennych wysiłków
kryptologów spisywali ludzie nieznający wkładu Polaków. Całą historię
ujawnili szerokiej publiczności pisarze, którzy nie tylko nie uczestniczyli
w opisywanych wydarzeniach, lecz po prostu nie mieli merytorycznych lub
moralnych kwalifikacji, by opisywać tak wrażliwy politycznie epizod II wojny
światowej. Zdaje się przy tym, że nie działali w dobrej wierze, koncentrując
się raczej na sporach o zasługi w gronie dawnych aliantów, niż na próbie
dotarcia do prawdy. Tak powstał galimatias, który w powszechnej świadomości
trwa do dzisiaj. Nawet, jeśli nie były to działania zamierzone, a jedynie
niefortunne zbiegi okoliczności, powstałą w ich wyniku konfuzję trzeba
wyprostować i temu ma służyć moja książka.
Podkreśla pan, że przed odkryciami polskich kryptologów w zmaganiach z
Enigmą stosowano metodę lingwistyczną…
MG:
Do chwili pojawienia się szyfrów Enigmy w kryptologii dominowały kody, które
można było atakować tylko metodami lingwistycznymi. Wobec szyfrów
maszynowych metody te stały się bezużyteczne. Trzeba było szukać odmiennej
metody ataku, tak rewolucyjnej, jak samo wyzwanie maszyny.
Dlaczego właśnie Polacy, a nie choćby Brytyjczycy?
MG:
Pewną rolę odegrała historia. Otóż w wojnie polsko-bolszewickiej sukcesy
zawdzięczaliśmy w znacznej mierze kryptologom, którzy złamali szyfry
przeciwnika. W ramach wojennej improwizacji w zespole parającym się
dekryptażem zatrudniono naukowców, którzy stali się potem matematycznymi
znakomitościami. Mam na myśli choćby Sierpińskiego i Mazurkiewicza. Sądzę,
że ten wczesny sukces polskich kryptologów i rola, jaką odegrali w nim
matematycy sprawiły, że kiedy pojawiło się nowe wyzwanie szefowie polskiego
biura szyfrów przypomnieli sobie: - „Wtedy matematycy pomogli, spróbujmy raz
jeszcze”. I spróbowali.
Drugi aspekt sprawy, to odmienne modele rekrutacji i kształcenia oficerów.
Brytyjski model był prosty: nauczymy cię w szkole gramatyki greckiej i
łacińskiej, dorzucimy nieco informacji o historii imperium i kiedy
przyswoisz sobie tę wiedzę, będziesz przygotowany do sprawowania dowolnych
funkcji administracyjnych lub wojskowych. Ludzie z filologicznym
przygotowaniem dobrze radzili sobie z kodami rodem z I wojny światowej, ale
nie byli predestynowani, by sprostać wyzwaniu Enigmy.
Przygotowanie takie świetnie wystarczyło jednak na pierwszą wojnę
światową…
MG:
…a na drugą już nie. Dla kontrastu spójrzmy na dwóch polskich oficerów,
którzy znaleźli się w centrum wydarzeń związanych z Enigmą. To Maksymilian
Ciężki, szef sekcji niemieckiej Biura Szyfrów oraz jego prawa ręka i zarazem
główny inżynier zespołu - Antoni Palluth. Palluth był absolwentem
Politechniki Warszawskiej i jednym z pionierów ruchu radioamatorskiego w
Polsce. Ciężki, łącznościowiec wyszkolony w armii niemieckiej, również był
pasjonatem techniki. Od rodzin obu oficerów wiem, że Ciężki po pracy w
Sztabie Głównym lubił czasami popracować w prowadzonej przez Pallutha
wytwórni radiotechnicznej AVA.
Hobby?
MG:
Chyba nie tylko. Uznawał zapewne, zresztą logicznie, że własnoręczne
wykonanie niektórych elementów zapewnia sto procent tajemnicy. W moim
przekonaniu - techniczne zainteresowania obu oficerów stanowiły jeden z
kluczowych czynników przyszłego sukcesu. Skąd oczekuje pomocy inżynier,
kiedy staje przed nowym problemem? Z natury rzeczy opisuje go w kategoriach
matematycznych formuł i właśnie ze strony matematyki spodziewa się
rozwiązania. Sięgnięcie po pomoc matematyków było o wiele bardziej naturalne
ze strony Ciężkiego i Pallutha, niż w wypadku Anglików, wśród których
techniczne zainteresowania były uważane za niewłaściwe dla prawdziwego
dżentelmena.

Poznański
pomnik polskich kryptologów - fragmenty (fot. R. Cichowlas)
Stwierdza pan, że poza Polską pełna wiedza na temat złamania Enigmy jest
już dość powszechna w środowisku specjalistów - historyków i kryptologów,
lecz szwankuje w przypadku przeciętnego odbiorcy. Gdzie szukać przyczyn
takiego rozdwojenia świadomości?
MG:
Najprościej rzecz ujmując - w kulturze masowej.
Prawda gorzej się sprzedaje?
MG:
Zwłaszcza, jeśli jest pozbawiona elementu sensacji. Historycy i kryptolodzy
odrobili już swoje zadanie; w ich środowiskach funkcjonuje oparty na faktach
consensus co do głównej linii wydarzeń. Natomiast w głowach przeciętnych
odbiorców panuje konfuzja stanowiąca wynik nadużyć kultury masowej: przede
wszystkim książki Roberta Harrisa „Enigma” i nakręconego na jej podstawie
filmu oraz obrazu „U-571” w reżyserii J. Mostowa. Nie można
zapominać także o tysiącach stron internetowych powielających zaczerpnięte z
wymienionych „źródeł” informacje, traktowane, o zgrozo, jako historycznie
poprawne. Kiedyś dyskutowaliśmy w gronie członków rodzin polskich bohaterów
książki nad tym, co można uczynić, by zmienić potoczny sposób postrzegania
historii Enigmy. Pan Jerzy Palluth, syn Antoniego, stwierdził wtedy, iż
jedyną skuteczną dzisiaj metodą upowszechnienia prawdy o Enigmie może być
nakręcenie historycznie rzetelnej i artystycznie atrakcyjnej filmowej
odpowiedzi na „Enigmę”. Za jednym zamachem zastąpiłoby się w
polskiej telewizji bardzo już zdezaktualizowany „Sekret Enigmy”
reżyserii Wionczka.
Tak nisko pan ten film ocenia? Dla mnie był pierwszym źródłem wiedzy o
polskich kryptologach. Pierwszym spotkaniem z Enigmą.
MG: Także i dla mnie. Film bazuje
jednak na wiedzy mocno już nieaktualnej. Scenariusz oparto o „Sekret
Enigmy” Kozaczuka i „Enigmę” Garlińskiego. Obie książki
wyszły drukiem w 1979 roku, podczas gdy ujawnianie dokumentów źródłowych
dotyczących wojennej historii Enigmy rozpoczęło się dopiero po publikacji w
1982 r. książki Welchmana „The Hut Six Story”. Obie wspomniane
książki operują w sporej mierze spekulacjami i fragmentaryczną wiedzą o
faktach - siłą rzeczy film również. Polacy potrzebują dobrych filmów o swej
historii: o roku 1920, o Powstaniu Wielkopolskim, o Enigmie właśnie…
Czyżby stan potocznej polskiej wiedzy o Enigmie nie odbiegał od tego, co
się o niej wie poza naszymi granicami?
MG:
Pytano mnie kilkakroć o to, dlaczego historia Enigmy jest tak mało popularna
nawet w Polsce. Najbardziej trywialnym wyjaśnieniem jest zwykły niedostatek
informacji, któremu starałem się zaradzić pisząc tak obszerną relację z
wydarzeń. Być może trafi ona także do ludzi o martyrologicznym nastawieniu
wobec historii, kontentujących się częstokroć powielaniem schematu
„bohaterscy i zasłużeni Polacy - wrogi lub niewdzięczny świat” i
rezygnujących w jego imię z poszukiwania prawdy. Mniejszym optymistą jestem,
gdy chodzi o poważny nurt polskiego patriotyzmu, w którym za bohaterstwo
uchodzi machanie szabelką lub rzucanie się z kamieniem na karabin maszynowy.
Historia złamania Enigmy źle się weń wpisuje. Ktoś, kto ginie śmiercią
równie piękną, jak bezpłodną, bywa wynoszony na ołtarze i stawiany na
piedestałach pomników. A ludzie, którzy zamiast szabelką machają piórem i
wypisują jakieś matematyczne wzory - nie, oni nie stanowią dobrego materiału
ani na bohaterów pomników, ani na wzorce patriotyzmu! Tymczasem to jest
właśnie patriotyzm w najbliższym mi poznańskim i wielkopolskim wydaniu.
Faktycznie, gros pracujących nad Enigmą Polaków, to Wielkopolanie. Sam
Rejewski to wprawdzie bydgoszczanin, a Różycki kresowiak, ale obaj ukończyli
tę samą poznańską uczelnię. Mamy więc do czynienia z jakąś logiką doboru,
czy może jednak taka a nie inna regionalna proweniencja członków
kryptologicznego zespołu to przypadek?
MG:
Wśród kluczowych członków ekipy polskiego Biura Szyfrów bodaj tylko Langer
nie miał bezpośrednich związków z Poznaniem. Większość ekipy, to
Wielkopolanie, a jej członkowie urodzeni w innych regionach kraju albo mieli
wielkopolskie korzenie lub zdążyli nasiąknąć tutejszą mentalnością.
Bydgoszczanin Rejewski wywodził się z rodziny, której korzenie tkwiły pod
Wągrowcem. Jego pierwotnym pomysłem na życie była specjalizacja w matematyce
aktuarialnej - podążał śladami swego przodka, który właśnie w Poznaniu
założył najstarsze polskie towarzystwo ubezpieczeniowe „Westa”.
Takie postawienie sprawy nie wywoła przypadkiem wojny
bydgosko-poznańskiej?
MG:
Nie ma się o co kłócić: wielkość dokonań Mariana Rejewskiego jest takiej
miary, że chwały wystarczy dla obu miast.
Pójdźmy tym tropem. Doszukiwanie się istnienia jakichś szczególnych cech
narodowych wpływających na charakter przeciętnego Polaka, Anglika czy Niemca
jest rzeczą ocierającą się o stereotyp, a jednak w Pańskiej książce
kilkakrotnie opisuje Pan wydarzenia, które zdają się takie różnice
potwierdzać. Mam na myśli choćby niemieckie przywiązanie do porządku, które
okazało się zgubne, gdy Polacy głowili się nad rozwiązaniem problemu
okablowania w Enigmie. Założyli, że porządni Niemcy kable podłączyli w
ordnungu alfabetycznym. Słusznie…
MG:
Sukces w kryptologii bywa dzieckiem wielu czynników. Wymaga przede wszystkim
wiedzy, a tej Rejewskiemu, Zygalskiemu i Różyckiemu nie brakowało: profesor
Krygowski, ich poznański nauczyciel, potrafił przekazywać studentom swą
obszerną i nowoczesną wiedzę. Niezbędne też są cierpliwość, przy której
przysłowiowi benedyktyni okazaliby się raptusami oraz znajomość psychiki
przeciwnika i genialna intuicja. Kiedy Rejewski rozwiązywał swój słynny
układ równań, prowadzący do rekonstrukcji Enigmy, w ostatnim etapie pracy
pozostała mu jedna niewiadoma, której nie mógł wyznaczyć metodami
analitycznymi: okablowanie walca wejściowego. Jednak znajomość niemieckiej
mentalności podpowiedziała mu, że niecierpiący przypadku Niemcy zapewne
zdecydowali się w jego konstrukcji na jakąś formę porządku. Już pierwsza
hipoteza - uporządkowanie alfabetyczne - okazała się trafna i wydała w
polskie ręce niemieckie sekrety. Niemieckie upodobanie do porządku pomagało
również Brytyjczykom. Urządzenia do ataku na szyfr Enigmy, tzw. bomby
kryptologiczne, wymagały tzw. „ściągi”: zakładano, że gdzieś w szyfrogramie
tkwi typowa fraza. Bombę kryptologiczną uruchamiano, by tego słowa
poszukiwała na wszystkie „sobie znane” sposoby. Przez całą wojnę tak
stereotypowe wyrażenie jak „eins”, „zwei”,
„drei” pojawiały się w tych samych miejscach depesz.
Ordnung w III Rzeszy obowiązywał, co w znacznej mierze przyczyniło
się do alianckich sukcesów.
Ale brytyjskie sukcesy w walce z Enigmą wynikały też i z niechlujstwa
niemieckich szyfrantów.
MG:
Szyfrant też człowiek i nie wiązałbym tego z niemiecką mentalnością. Musimy
wziąć pod uwagę, że w szczytowym okresie wojny Niemcy wykorzystywali ok. 40
000 egzemplarzy Enigmy obsługiwanych przez co najmniej tyluż szyfrantów.
Wśród nich musieli znaleźć się ludzie niechlujni, niezorganizowani. Musiały
także zdarzać się karygodne błędy, jak nadawanie wielu depesz przy pomocy
tego samego klucza. Enigma Kriegsmarine była trudniejszym wyzwaniem, niż
Enigmy Wehrmachtu i Luftwaffe dlatego, że
konstruktorzy szyfru zdali sobie sprawę ze słabostek ludzkich i
zaprojektowali system, który - jak im się wydawało - eliminował wpływ owych
ułomności na pracę. Z czasem okazało się jednak, że chroniąc przed jednym
słabościami, nie zapobiegli negatywnemu oddziaływaniu innych.

Fragment poznańskiego pomnika
(fot. R. Cichowlas)
By wygrać z Niemcami nie wystarczyło złamać tajemnicę Enigmy, o czym
świadczy choćby nasza klęska we wrześniu 1939 r. Poznanie sekretów
hitlerowskiej korespondencji było dopiero połową sukcesu - wiedzę o
zamiarach wroga trzeba było jeszcze móc i potrafić wykorzystać. Przekonali
się o tym Brytyjczycy na Krecie, kiedy dzięki dekryptażowi znali dokładną
godzinę desantu spadochroniarzy gen. Studenta, a mimo to wyspy nie obronili.
Co było największym problemem aliantów w wykorzystywaniu wiedzy posiadanej
dzięki „czytaniu w myślach" niemieckich sztabów?
MG:
W różnych okresach wojny dominowały odmienne problemy. Na początku barierę
stanowiła sama wiarygodność dekryptaży. Brytyjczycy musieli stosować
kamuflaż dla wiedzy pochodzącej z łamania szyfrów Enigmy. Nie można przecież
było każdemu dowódcy wyjaśniać, co jest źródłem informacji. Wybrano
najprostsze rozwiązanie: „mamy swojego bardzo, ale to bardzo tajnego agenta
niezwykle wysoko w strukturach władzy III Rzeszy. Nosi on pseudonim - tak
właśnie sygnowano informacje - <Bonifacy>”. Skutki kamuflażu odbiegały
jednak od oczekiwanych, gdyż wśród brytyjskich dowódców panowała nieufność
wobec osobowych źródeł informacji, jako że w przeszłości często dostarczały
informacji bzdurnych, bądź podsuniętych przez przeciwnika.
Później, kiedy wojna wkroczyła do Afryki i na Bałkany, pojawił się problem
bezpieczeństwa kanału, którym informacje z Anglii przekazywano do odległych
o tysiące kilometrów sztabów. Chodziło o to, by ewentualne złamanie szyfru
brytyjskiego nie dostarczyło Niemcom ostrzeżenia o łamaniu ich własnych
depesz. Okazało się, że stworzenie odpowiednio bezpiecznego systemu jest
wyzwaniem niebanalnym, któremu ostatecznie sprostano, ale początki były
trudne.
Trzecim problemem okazała się osobowość dowódców oraz ich brak doświadczenia
w poleganiu na informacjach tak precyzyjnych i rzetelnych. Wielu generałom
nie mieściło się w głowie, że można otrzymywać tak precyzyjne i aktualne
doniesienia wywiadowcze. Na dodatek w stu procentach prawdziwe! Informacje z
dekryptażu bywały lekceważone, niedoceniane i to stanowiło
niebezpieczeństwo. Na przeciwnym biegunie zagrożeń sytuowały się działania
zbyt ostentacyjne, mogące Niemców naprowadzić na trop wielkiej tajemnicy
aliantów. By temu zapobiec, wprowadzono bezwzględny wymóg: nie wolno
wykorzystać informacji z dekryptażu, jeśli nie można jej było zdobyć z
innego źródła. Tytułem przykładu: ze złamanej depeszy wiadomo, iż z danego
portu pewnego dnia wychodzi konwój statków z amunicją dla oddziałów
przeciwnika. Wysłanie na tej podstawie okrętu podwodnego, który zatopi
wrogie statki było najściślej zabronione. Należało wyekspediować w znany z
dekryptażu sektor morza samolot zwiadowczy, którego załogę rozkazy
obligowały nie tylko do zameldowania dostrzeżonych jednostek przeciwnika,
ale operowania tak, by samemu zostać zauważonym. Dopiero po informacji
uzyskanej rzekomo od pilota do akcji wyruszał okręt podwodny lub samoloty
torpedowe.
A kiedy nie można było w ten sposób „podwajać” źródła informacji?
MG:
Powstawał paskudny dylemat: działać, czy nie działać. W wielu wypadkach
wybierano zaniechanie, poświęcano mniejsze dla większego. Zaowocowało to
zresztą kilkoma czarnymi legendami, między innymi tą o poświęceniu przez
Churchilla Coventry.
To niepojęte, że przez całą wojnę Niemcy nie wpadli na to, iż ich tajna
korespondencja jest dla wroga prawie całkiem jawna. Przeczytałem pańską
książkę dwa razy od deski do deski i nadal nie rozumiem.
MG:
Nikt tego nie rozumie. Gdyby Niemcy byli nie tyle bardziej inteligentni, co
mniej zadufani, mieli wystarczającą liczbę znaków na niebie, ziemi i w
eterze, że liczba „niefortunnych zbiegów okoliczności” przekracza
jakąkolwiek normę statystyczną. Jedyne, na co wpadli, to to, że alianci
przechwycili na polu walki pewną liczbę kluczy do szyfru. Niemcy uważali, że
to jedyna praktyczna metoda złamania Enigmy, wystarczy zatem zmienić klucz,
a problem zniknie.
Czyli zgubił Niemców zawrót głowy od sukcesu, jakim było skonstruowanie
doskonałej maszyny szyfrującej?
MG: Niemcy oceniali szanse
skutecznego ataku na Enigmę na podstawie własnych doświadczeń w atakach na
szyfry wroga. Ponieważ nie potrafili znaleźć sposobu na szyfry zbliżone do
Enigmy, stwierdzili, że skuteczny atak na ich maszynę nie jest możliwy.
Spoglądając przez pryzmat własnych niepowodzeń nie doszacowali szans
przeciwnika. Trzeba pamiętać o starej maksymie: generałowie zawsze toczą
poprzednią wojnę. W kolejnym konflikcie, w którym uczestniczą, z uporem
stosują metody, które dały im sukces w poprzednim starciu. Przykład
generalicji francuskiej w 1940 roku nie jest jedynym potwierdzeniem tej
reguły. Z kryptologami jest podobnie. Niemcy powielali metody, które
skutecznie stosowali podczas pierwszej wojny i po niej. Ich pewność siebie
była w pewnym stopniu zrozumiała: taki atak na szyfr Enigmy był pozbawiony
szans sukcesu. Nie przypuszczali jednak, że ktoś może zastosować metodę
jakościowo nową. Wielkość sukcesu Polaków polegała właśnie na zastosowaniu
metody całkowicie rewolucyjnej. Pewien wpływ wywarła także tradycyjna dla
ówczesnych Niemiec struktura społeczna. Polscy i brytyjscy kryptolodzy byli
typowymi cywilami, przenoszącymi swój cywilny styl pracy do wojskowego
środowiska. Ich dowódcy mogli nie cierpieć stylu bycia swych nietypowych
podwładnych, ale rozsądnie tolerowali go w imię użyteczności ich pracy. W
Niemczech równie uzdolnieni matematycy nie mogli liczyć na tolerancję wobec
akademickich przyzwyczajeń: oczekiwano z ich strony bycia przede wszystkim
żołnierzami i oficerami, a dopiero w dalszym planie - matematykami i
kryptologami. Okazuje się, że klimat otoczenia wpływał na efekty pracy.
Jak to możliwe - pytanie to stawiam w epoce notorycznych "przecieków do
prasy" - że wywiad niemiecki, który w przedwrześniowej Polsce nienajgorzej
sobie radził (podobnie jak polski w Niemczech) nie wpadł na trop osiągnięć
naszych kryptologów?
MG:
Niemcy chyba coś niecoś wiedzieli, jednak ich źródło informacji było
prawdopodobnie usytuowane na tak niskim poziomie, że posiedli wiedzę
praktycznie bezwartościową. Działalność polskiego Biura Szyfrów była
zakamuflowana nawet wewnątrz struktury Sztabu Głównego. Do pracy w tej
komórce rekrutowano wyłącznie najbardziej zaufanych członków rodzin ludzi
już wtajemniczonych: na przykład Zbigniew Gaca zwerbował młodego Kazimierza
Gacę, a Antoni Palluth - swego siostrzeńca, Sylwestra. Dodajmy do tego
stosunkowo niewielką skalę działalności, a zachowanie tajemnicy przestaje
dziwić. Dużo bardziej szokujące jest coś innego: kilkanaście tysięcy osób
zatrudnionych w Bletchley zachowało ścisłe milczenie przez ponad 30
powojennych lat. Wydawałoby się, że po tak długim czasie można było
bezpiecznie ujawnić choćby przed najbliższymi swe wojenne zasługi. Tymczasem
nic, cisza. O brytyjskim podejściu do tajemnicy sporo mówi epizod z wizyty
króla w jednym z ośrodków związanych z łamaniem szyfrów. Wśród pracujących
dostrzegł młodą dziewczynę, którą znał doskonale jako damę dworu swojej
małżonki. Ta jednak na pytanie: Co Pani tutaj robi? odrzekła - Sorry Sir, I
cannot tell you, Sir.
Po klęsce wrześniowej polscy kryptolodzy znaleźli się na bocznym torze,
mimo przedostania się do Francji. Nikt się nimi nie interesował?
MG:
Trafili do służby w armii francuskiej, pod rozkazami majora Bertranda, nie
tyle kryptologa, ile handlarza tajemnicami wywiadów wielu krajów świata. Z
przykrością trzeba powiedzieć, że stało się tak nie tylko przy aprobacie
polskich władz wojskowych we Francji, ale nawet w wyniku ich cichej zachęty.
Chęć pozbycia się z polskiej armii każdego, kogo podejrzewano (zresztą w
przypadku kryptologów - niesłusznie) o sanacyjne sympatie sprawiła, że z
uczuciem ulgi oddano pod obce dowództwo zespół, który mógł i powinien był
stać się jednym z najważniejszych aktywów polskiej polityki na emigracji. Co
gorsza, utrzymano te decyzje w mocy nawet po klęsce Francji, gdy było jasne,
że jest ona politycznym i wojskowym bankrutem. Bertrand wykorzystał polski
prezent nie tyle ku pożytkowi sprawy aliantów, ile dla zaspokojenia własnych
ambicji.
O ile tę postawę od biedy mogę zrozumieć, to niejasne jest dla mnie
postępowanie naszych emigracyjnych władz wojskowych.
MG:
Po wrześniowej klęsce zapanowała na emigracji atmosfera polowania na
sanatorów. Znane są bulwersujące przypadki, kiedy bardzo dla Polski
zasłużone osoby nie zostały przyjęte do służby w wojsku polskim, mimo iż
deklarowały chęć służenia choćby w stopniu szeregowca. Ekipa kryptologów
padła ofiarą tej samej polityki: przedwojenny wywiad potraktowano jako
główne siedlisko sanatorów, w związku z tym ryczałtem usuwano z wojska osoby
związane z Dwójką. Powojenne zachowanie dowództwa wobec Langera i Ciężkiego,
kiedy dotarli oni wreszcie do Londynu, zdaje się dodatkowo świadczyć o tym,
że mieli w emigracyjnym kierownictwie wywiadu osobistych nieprzyjaciół.
Przez długie tygodnie po dotarciu z niewoli do Anglii nie mogli doprosić się
nawet możliwości złożenia przełożonym raportu.
Brytyjskie prace nad dekryptażem Enigmy ruszyły dopiero po spotkaniu w
Pyrach, jeszcze przed klęską Francji. Dlaczego Brytyjczykom nie zależało na
ściągnięciu naszych na wyspę jeszcze w trakcie wojny, a nie dopiero na sam
jej koniec?
MG:
Zależało, zależało. Wieloletni pobyt naszych kryptologów na francuskiej
bocznicy, to wyłącznie efekt ślepoty polskich władz wojskowych i
przedsiębiorczości Bertranda, który zdołał zmonopolizować usługi Polaków.
Epizod z przeniesieniem Polaków z Oranu do Algieru jednoznacznie świadczy o
determinacji Bertranda w utrzymaniu kontroli nad polską ekipą. Jak ognia bał
się, że mogą oni wpaść w ręce angielskie. Kiedy pod Oranem pojawiły się
brytyjskie okręty i zarysowało się ryzyko desantu, w ciągu jednego dnia
wywiózł Polaków do Algieru.
W Wielkiej Brytanii istniała silna i efektywna stalinowska siatka
agenturalna. Czy wniosła ona coś do wiedzy Rosjan o dekryptażu Enigmy?
MG: Niewiele. Rosjanie wiedzieli
tylko, że taki ośrodek funkcjonuje. Nosił on u Rosjan kryptonim „Kurort”.
John Cairncross przez pewien czas pracował na stanowisku umożliwiającym
przekazywanie Rosjanom użytecznych dla nich informacji wojskowych, ale nie
tych dotyczących techniki łamania szyfru.
Czym tłumaczyć brak prób wykorzystania Rejewskiego przez służby PRL,
kiedy powrócił do Polski? Brakiem wiedzy o jego dokonaniach?
MG: Rejewski był na tyle
inteligentny, by nie ukrywać swej dawnej pracy kryptologa. Bezpieka
wiedziała o jego przeszłości, obserwowała go po powrocie do kraju i
próbowała nawet dokleić do kilku spraw prowadzonych przeciwko
antykomunistycznemu podziemiu. Rejewski zbył świadom, że jego przeszłość
stanowi w PRL-u niebezpieczny balast, toteż świadomie zrezygnował z
większych ambicji, by zapewnić bezpieczeństwo swym najbliższym. Unikał
jakichkolwiek wypowiedzi i działań, które mogłyby dać komunistycznym tajnym
służbom pretekst do operacji wymierzonych przeciw niemu i rodzinie. W jednym
z listów napisał: „W bardzo krótkim czasie zorientowałem się, i to na
własnej skórze, skąd wiatr wieje, wobec czego zaniechałem wznawiania
jakichkolwiek dawniejszych kontaktów, a istniejące ograniczyłem do
niezbędnego minimum”. Natomiast - co podnosi dr Jan Stanisław Ciechanowski -
z archiwów IPN wynika, że bezpieka nie była aż tak dobrze poinformowana, jak
można by sądzić. Istniały obszary, które po prostu nie mieściły się w
dyrektywach z Moskwy. Jeżeli nie było polecenia zajęcia się jakimś
problemem, po prostu się nim nie zajmowano. Najprawdopodobniej dekryptaż był
jedną z takich sfer. Rosjanie zapewne „wzięli to na siebie” trzymając innych
z daleka.

Bydgoski
pomnik Mariana Rejewskiego (fot.
Aleksandra Jędrzejewska)
Napisał pan bardzo "brytyjską" książkę. Chociaż czytelnik otrzymuje
będące efektem analizy naukowej tomisko poruszające niełatwą tematykę, mimo
to czyta się pańską „Enigmę...” niczym bestsellery Normana Daviesa, czy
Jerzego Łojka. Dzieje się tak również dzięki temu, iż nie stroni pan od
anegdoty ożywiającej narrację. Doskonałym tego przykładem jest przytoczenie
historii por. Kowalewskiego, który...
MG:
…zastępując kolegę tak skutecznie walczył z nudą i rutyną nocnego dyżuru, że
przyczynił się do polskiego zwycięstwa w 1920 r., w kilka godzin łamiąc
szyfry sowieckie. Zabawne, ale kiedy godzinę przed naszym spotkaniem
rozmawiałem z dziennikarzem jednej ze stacji radiowych uznał on, że w
książce jest wszystko, poza warstwą anegdotyczną… Pisząc „Enigmę...”
byłem świadom, że jej trudna i wielowarstwowa materia może być nużąca dla
czytelnika, toteż trzeba ją ożywić dygresjami i anegdotami. Lwia ich część -
jak już wspomniałem - padła ofiarą koniecznych skrótów. Cieszę się więc, że
te nieliczne ocalałe dobrze spełniają swoją rolę. Anegdota ma w książce
także inną funkcję - pozwala przedstawić w niebanalny sposób wydarzenia,
które doczekały się już takiego bogactwa relacji, że znalezienie nowej,
atrakcyjnej formuły ich prezentacji jest niemożliwe. Zastąpienie peanu na
cześć heroizmu polskiego żołnierza w kampanii wrześniowej opisem zmagań
uczestników olimpiady szachowej pozwoliło odnaleźć niezbędny dystans wobec
wydarzeń, a jednocześnie elegancko wprowadzić na scenę grupę brytyjskich
szachistów i kryptologów, którzy odegrali kluczową rolę w dalszym ciągu tej
historii.
Jest Pan kryptologiem. Czy to doświadczenia zawodowe przesądziły, iż
napisał pan tę książkę, czy raczej pasja historyczna? Czy nie będąc
kryptologiem napisałby pan o Enigmie zupełnie inną książkę, czy dokładnie
taką samą?
MG:
W istocie moje doświadczenia obejmują kilka innych profesji i obszarów, więc
nie ma sensu ich szufladkowanie lub ważenie wpływu na kształt książki. Z
pewnością bez kompetencji kryptologa nie byłbym w stanie dostrzec wielu
zależności, które pozwoliły uporządkować fakty. Obowiązująca w tajnych
służbach zasada need-to-know sprawiła, że dostępne świadectwa przedstawiają
się raczej jako mozaika rozproszonych i nie zawsze spójnych faktów, niż jako
kompletna i konsekwentna relacja. Historycy mają wyraźny problem z ich
uporządkowaniem. Okazało się, że kryptologia stanowi nitkę, na którą można
nizać koraliki znanych faktów, porządkując je nie tylko chronologicznie,
lecz także logicznie. Muszę w tym miejscu podkreślić, że nie jestem
historykiem zawodowym, a pragnąc to dodatkowo zaakcentować, zrezygnowałem z
zewnętrznych atrybutów warsztatu metodologicznego historyka. Poza miejscami,
gdzie coś dla własnej pamięci musiałem utrwalić, przypisy i bibliografię
zredukowałem do absolutnego minimum, ograniczając je do pozycji ściśle
związanych z dekryptażem tej konkretnej maszyny szyfrującej. Chciałbym
przekazać czytelny sygnał (nikt nie lubi, kiedy przybłędy wchodzą na jego
podwórko) środowisku zawodowych historyków, że nie zamierzam z nimi
konkurować. Swoją książkę napisałem z myślą o zwykłym czytelniku, dbając w
równej mierze o atrakcyjność formuły, jak jej historyczną ścisłość. Z
pewnością problem zasługuje na dalsze badania ze strony historyków. Ucieszę
się, jeśli „Enigma…” stanie się ich katalizatorem.
Muszę w tym miejscu zgłosić veto. Odżegnuje się pan od warsztatu
historycznego, a przecież nie do końca tak jest. Ja dostrzegam tutaj ów
warsztat na etapie pracy analitycznej nad problemem, nie widzę natomiast -
na szczęście - profesjonalnego żargonu odpychającego czytelnika. Powiem tak
- warsztat nie zaburza odbioru, co uważam za jedną z największych zalet pana
książki.
MG:
Zdaje się, że właśnie potwierdził Pan, że zdołałem osiągnąć jeden z
założonych celów. Dziękuję.
Z jednej strony - podkreśla pan, iż nie chce wchodzić na
uniwersytecko-historyczne podwórko, z drugiej jednak - w mojej opinii -
pańska książka stanowi precyzyjny drogowskaz dla chcących pisać o historii.
Pisać tak, by być czytanym poza murami uniwersytetów. Bez straty dla poziomu
realizacji tematu, oczywiście.
MG: Pisania o historii w sposób
możliwie atrakcyjny uczyłem się od niedoścignionej mistrzyni w tej
dziedzinie - Barbary Tuchman. Jej prace zawsze stanowiły dla mnie wzór
prezentacji skomplikowanych zagadnień historycznych w sposób atrakcyjny dla
czytelnika. „Enigma. Bliżej prawdy” jest hołdem złożonym także jej pamięci.
Skąd pomysł dwutorowej narracji, mam na myśli wyodrębnienie analiz
kryptologicznych w osobnych od tekstu „właściwego" ramkach?
MG: Każdy z grubsza pojmuje, na
czym polega ofiara żołnierza rzucającego się z butelką benzyny na ziejący
ogniem czołg. Któż jednak wie, na czym polega zasługa kryptologa? Gdybym nie
podjął próby uzmysłowienia natury jego pracy, wyzwań, którym musiał sprostać
i ich porażającej wyobraźnię złożoności, musielibyśmy przyjąć wielkość
bohaterów książki niejako na wiarę, ustawić ich na piedestale, nie bardzo
pojmując, z jakiego materiału jest on zbudowany. Intelektualna uczciwość
wymagała podjęcia próby uzmysłowienia czytelnikom natury pracy bohaterów,
zwłaszcza że przy odpowiednim przedstawieniu jej zrozumienie nie przekracza
wysiłku, jaki trzeba włożyć w rozwiązanie „sudoku”. Ale nie wszyscy lubią „sudoku”,
więc przerzucenie specjalistycznych partii tekstu do wydzielonych ramek
wydawało się eleganckim rozwiązaniem. Post factum uświadomiłem sobie, że
zapożyczam się w ten sposób u Normana Daviesa, który zastosował podobny
zabieg w „Europie”.
Co stanowiło Pana największą trudność podczas pracy nad książką? Czy
któraś z barier okazała się nieprzekraczalna?
MG:
Niełatwa była sama decyzja rozpoczęcia pracy nad książką. Na szczęście w
odpowiedniej chwili znalazł się właściwy katalizator. Od tego momentu
rozpoczął się nieustający dramat wyboru epizodów i wątków, które trzeba było
odrzucić. W pewnym sensie przedstawiona w książce historia jest niepełna:
zbywa na przykład jednozdaniowymi wzmiankami fascynujące epizody z życia
bohaterów, które nie są bezpośrednio związane z historią Enigmy.
Nieprzekraczalną barierą była zaś i pozostaje nadal tajemnica dotycząca
źródeł - część związanych z historią Enigmy archiwaliów pozostaje utajniona.
O niektórych wiemy, istnienie innych przeczuwamy. Trudno jednak dzisiaj
ocenić, na ile ich ujawnienie zmieni w przyszłości zarysowany na stronach
książki obraz.
Czy Pańska książka ukaże się poza Polską? Mam tu przede wszystkim na
myśli Wielką Brytanię i Francję?
MG:
Proszę pamiętać, że rozmawia Pan z debiutantem… Ciepłe przyjęcie książki
przez polskich czytelników, do których jest ona przede wszystkim adresowana,
daje mi tyle satysfakcji, że nie wybiegam myślą w nieznany mi świat. Pewnie
dobrze by się stało, gdyby czytelnicy poza Polską poznali nasz punkt
widzenia na tę historię, ale mam świadomość, że żadna książka nie jest w
stanie sprostować zamieszania wywołanego przez niefortunne z historycznego
punktu widzenia filmy „Enigma” lub „U-571”. Może
lepiej wyeksportować ją w formie sprawnie wyreżyserowanego filmu
dokumentalnego?
Czy rozszyfrowując tajemnice Enigmy nie czuł się pan czasem Rejewskim?
MG:
Nie można napisać przyzwoitej książki bez kontaktu emocjonalnego z jej
bohaterami: jasne, że starałem się wniknąć w osobowość polskich bohaterów
historii Enigmy. Dzięki wielu godzinom rozmów z córką Mariana Rejewskiego
oraz jej przyzwoleniu na zapoznanie się z korespondencją jej ojca, poznałem
go chyba najlepiej z całego zespołu. Pozwoliło to dostrzegać subtelne
akcenty w jego zapiskach i dostarczyło klucza do interpretacji kilku wątków
historii. Ale „poznać” nie oznacza „utożsamiać się” - zdecydowanie nie
napisałem książki po to, by wygrzewać się w cieple cudzej chwały.
Co uważa Pan za największą zaletę swojej książki? Czy dostrzega pan w
niej jakieś wady? Liczę na podpowiedź, gdyż lektura dostępnych mi recenzji
stanowiła dla mnie obcowanie z samymi pochwałami.
MG:
Żadnych recenzji jeszcze nie czytałem, ale już mam wiele satysfakcji,
ponieważ ocena członków rodzin bohaterów książki okazała się życzliwa. Jest
to dla mnie niezwykle ważne, rzekłbym nawet - najważniejsze.
Za główną zaletę książki uważam to, że jest. Dostępne dotychczas polskiemu
czytelnikowi pozycje poświęcone historii Enigmy opierały się na bardzo już
zdezaktualizowanym stanie wiedzy sprzed blisko 30 lat. Co do wad - z
pewnością poznamy liczne słabości mojej książki, gdy tylko zaczną się nad
nią pastwić akademiccy historycy. A serio: do tej pory deprymuje mnie liczba
i skala kompromisów koniecznych na etapie przykrawania rękopisu do
założonych ram edytorskich.
Jakie są Pańskie dalsze plany pisarskie? Czy są związane z Enigmą, czy
też z zupełnie inną problematyką?
MG:
Tutaj mnie Pan złapał… Robiłem jakieś szkice na przyszłość, ale
zaszyfrowałem notatki przed przystąpieniem do pracy nad „Enigmą…”,
a klucz do szyfru gdzieś mi się zapodział. Jestem właśnie na etapie łamania
go.
Życzę więc Panu oraz czytelnikom, by nawiązując do świetnych tradycji
polskiej kryptologii, jak najprędzej osiągnął Pan sukces w łamaniu
wspomnianego klucza. Dziękuję za rozmowę.

fot. Robert
Cichowlas
Poznań, 11 grudnia 2007

|
|